Kategorie
Nasze akcje

„God Bless You!” – dziękujemy kard. Sarahowi za lata posługi

Przez wiele lat przewodniczył watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Głosił Chrystusa w sposób jasny i bezkompromisowy. Nie wahał się mówić o głębi bogactwa ukrytego w Eucharystii. Za swoją postawę był wielokrotnie atakowany i niesprawiedliwie oceniany. Teraz, gdy kard. Robert Sarah kończy posługę Prefekta Kongregacji, chcemy z całego serca podziękować za jego dzieło.

Rezygnacja pochodzącego z Gwinei kard. Roberta Saraha została złożona na ręce papieża Franciszka z urzędu. Wynika to z tego, iż kardynał skończył 75. rok życia, a watykańskie przepisy mówią o konieczności złożeniu urzędu po osiągnięciu takiego wieku.

Stanowisko to kard. Robert Sarah pełnił z nominacji papieża Franciszka od 2014 roku. Wielu z nas liczyło na to, że Biskup Rzymu powierzy kardynałowi dalsze sprawowanie urzędu. Tak się jednak nie stało. Papież przyjął rezygnację i tym samym kard. Sarah przestał piastować funkcję Prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Gwinejski kardynał znany był ze swej wierności Kościołowi Chrystusowemu. Wielu komentatorów wskazywało na jego wykształcenie i bogate doświadczenie duszpasterskie. Dał się poznać jako propagator naprawy posoborowego chaosu w kwestiach celebracji Mszy Świętej. Kardynał nie ukrywał m.in., że bardziej godny i jego zdaniem bliższy idei złączenia z Bogiem żywo obecnym w Eucharystii jest sposób odprawiania Jej przez kapłana ad orientem – tak, aby kapłan, zgodnie ze swoją rolą, prowadził za sobą lud wierny do Chrystusa, naszego Jedynego Zbawiciela. Robił wszystko, co w jego mocy, aby liturgia była piękna i godna.

Kardynał Sarah zawsze wykazywał się też obroną niezmiennej nauki Kościoła Katolickiego. Nie obawiał się mówić o działaniu diabła we współczesnym świecie, czy też o nierozerwalności małżeństwa. W trudnych dla Kościoła czasach był przykładem nie tylko ortodoksji, ale i ortopraksji. I choć niejednokrotnie padał ofiarą ataków i upokorzeń, nigdy nie wyrzekł się wierności tradycji, Pismu Świętemu, nauce na temat nierozerwalności małżeństwa i społecznemu nauczaniu Kościoła.

To wspaniałe świadectwo dla żyjących oraz przyszłych pokoleń katolików. Dlatego właśnie jako Stowarzyszenie „Polonia Christiana” uznaliśmy, że kardynałowi należą się za tę długą, piękną posługę specjalne podziękowania.

Serdecznie zapraszamy na stronę GodBlessYou.pl, gdzie mogą Państwo w prosty sposób przekazać osobiste podziękowania dla kardynała Roberta Saraha.

 

Stowarzyszenie „Polonia Christiana”

Kategorie
Aktualności

Polonia Christiana nr 78: Kościół musi walczyć

Każdy chrześcijanin z definicji jest żołnierzem, a Kościół walczący wcale nie odszedł w mrok niepamięci, lecz wciąż trwa na pierwszej linii zmagania o prawdę, dobro i piękno, czyli w ostateczności o zbawienie dusz. Trzeba więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wybieramy kult świętego spokoju, czy kult świętego Jerzego, świętego Maurycego, Najświętszej Bożej Hetmanki żołnierza polskiego, a nade wszystko – kult naszego Pana Jezusa Chrystusa, który – nie zapominajmy – w chwili próby każe sprzedać płaszcz, a kupić miecz…

Do wojaczki wzywa nas wprost Pismo Święte. Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? (Hi 7,1) – pyta retorycznie Hiob, a Pan Jezus, jakby w odpowiedzi, przypomina: Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10, 34). Kropkę nad „i” stawia zaś w tym względzie święty Paweł słowami: Bierz udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa (2 Tm 2, 3).

Tym właśnie zagadnieniom poświęcony został w lwiej części najnowszy numer magazynu „Polonia Christiana” – pisma, które od lat stara się dostarczać chrześcijanom strawy intelektualno-duchowej, mającej im pomóc być dobrymi, skutecznymi i świadomymi żołnierzami Chrystusa Jezusa.

Czytajmy więc – i do boju!

SPIS TREŚCI NUMERU

EDYTORIAL

            2          Jerzy Wolak Baczność, żołnierze Chrystusa!

CZAS NIENORMALNOŚCI

            3          Krzysztof Warecki Epidemia kłamstwa

            6          Piotr Relich Długo wyczekiwany kryzys

            8          Agnieszka Stelmach Transhumrew 2.0

POLSKA

            12        Krzysztof Gędłek Ujawnione zamysły serc

            14        Andrzej Pilipiuk Pokolenie prawnuków

ŚWIAT

            16        Grzegorz Kucharczyk Katolik w Białym Domu?! Spokojnie, to tylko CINO…

            20        Jakub Majewski Trójkąt bliskowschodni

KOŚCIÓŁ

            24        Paweł Chmielewski Siódmy konsystorz Franciszka. Ku urawniłowce kolegium kardynalskiego

            27        Mateusz Ochman Raport o stanie wwwiary

            28        Raymond de Souza Skandal, nie beatyfikacja!

CYWILIZACJA

            30        Kinga Wenklar Katecheza bez Ducha

            34        Jan Bereza Pieniądze za nic

            37        Jakub Wozinski Imaginarium zaciśniętej pięści

ORDO IURIS

            40        Jerzy Kwaśniewski Nie damy się uciszyć i wyeliminować!

TEMAT NUMERU: Kościół musi walczyć!

            44        ks. Roman A. Kneblewski Do szabel, bracia!

            46        o. Wawrzyniec M. Waszkiewicz Pielgrzymuje – ale walcząc!

            48        Sławomir Skiba Jak ciepły barszczyk…

            50        Nie wolno ogłaszać kapitulacji! Rozmowa z Pawłem Lisickim

            53        Bogna Białecka Jak wychować wojownika?

            55        Naszym zadaniem jest walka o zbawienie Rozmowa z ks. Marcinem Kostką FSSP

            58        Stańmy murem! Rozmowa z Robertem Bąkiewiczem

            60        Tomasz A. Żak Piękne wzory

FELIETONY

            19        Piotr Doerre System Wszystkowiedzący

            23        Bogusław Bajor Czy to chrystocentryzm?

            33        Valdis Grinsteins Rzeki, zdrowy rozsądek i panteizm

            36        Krystian Kratiuk Ojciec, belka i głupia sprawa

            42        Łukasz Karpiel Nie żałuj, żebyś nie żałował

HISTORIA

            62        Andrzej Solak Rewolucja kanibali

            65        Marcin Więckowski Zapomniana przyczyna

KU BOGU W WIEKU NIEWIARY

            68        Grzegorz Górny Wyrwany z otchłani

NASZE DZIEDZICTWO

            70        Jacek Kowalski Król, poeta, rycerz Boży

            74        Tomasz Cukiernik Kawałek utraconego dziedzictwa

            77        Sławomir Piekarski Polski wkład w światowe pszczelarstwo

PRAWDA, DOBRO, PIĘKNO

            80        Chrystian Ślusarczyk Przykład płynie z Rumunii

            82        Tomasz A. Żak Bajka czy nie bajka?

            85        Jerzy Wolak Geniusz zapomniany

            88        Jan Gać Sztuka teologii

            91        Leonard Przybysz Umiłowanie ubogich i przepych

WOKÓŁ KUCHNI

            94        Dorota Matacz-Bajor Co w sercu, to na talerzu

KRZYŻOWIEC XX WIEKU

            96        Plinio Corrêa de Oliveira Dogmat kontrrewolucyjny

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Andrzej Pilipiuk: Pokolenie prawnuków

Przed wojną w pewnym w mieście osiadł wybitny lekarz i ceniony społecznik. Miał trochę pieniędzy uratowanych z pożogi pierwszej wojny światowej, zarabiał nieźle, wziął więc kredyt i zbudował duży dom z wielkim ogrodem. Założył rodzinę. W mieście był postacią ważną i szanowaną. Niestety, w swoich poszukiwaniach intelektualnych nadmiernie zafascynował się myślą Marksa. Zerwał z kościołem i w duchu ateizmu wychowywał trójkę dzieci.

Historia jakich wiele. Kiedy po wojnie wszechwładnie zapanował komunizm, dzieci cenionego przedwojennego społecznika, już dorosłe, wprawdzie nie wstąpiły do partii, ale już wtedy było coś nie tak. Jeszcze ukończyły uniwersytety, jeszcze podjęły normalną pracę, ale mimo niezłych zarobków głównie kombinowały na boku, jak tu się nachapać. Resztę rodziny „przekręciły” paskudnie na wspólnym przedsięwzięciu…

Wnuki lekarza miały wpojony jakiś tam etos inteligencji, zdobyły wykształcenie, ale nie przywiązywały do tego wagi – życie poświęciły na cwaniaczenie i kombinowanie z coraz bardziej zmiennym szczęściem. Gdy nie próbowały naciągać reszty rodziny, żarły się między sobą o spadek po dziadkach…

Piękny dom, będący przedmiotem sporu między siedmiorgiem spadkobierców, popadał w ruinę – nie mogli się dogadać nawet w kwestii koniecznego remontu dachu. Ogród dawał miejsce pod budowę kolejnych domów – wszyscy mogliby mieszkać w godnych warunkach – ale i o ziemię darli koty…

Ich kilkakrotne związki na kocią łapę lub krótkie małżeństwa zaowocowały spłodzeniem kolejnego pokolenia – de facto już pokolenia meneli. A piękny dom po przodku lekarzu w międzyczasie się zawalił, działkę zabrano za długi powstałe na skutek nietrafionych „interesów”, a czasem i wyroków sądowych. Dalsza rodzina nie wyciągnie do nich pomocnej ręki – z tą bandą oszustów i złodziejaszków nikt nie chce mieć nic wspólnego.

Tej rodzinie zabrakło wielu rzeczy. Zabrakło Boga. Wraz z odrzuceniem religii zabrakło wpajanej od małego uczciwości, poszanowania dla pracy, szacunku wobec krewnych. Zabrakło elementarnej moralności i przyzwoitości. Zabrakło instynktu moralnego, który nakazuje wyciągnąć pomocną dłoń do krewnych lub przyjaciół. Ci ludzie mieli wszystko podane na tacy. Dobre warunki materialne, możliwość kształcenia się. Sława powszechnie szanowanego nestora rodu otworzyłaby im niejedne drzwi. Powinni być elitą swojego miasta. Zamiast tego w ciągu trzech pokoleń stali się ropiejącym wrzodem. Mimo licznych okazji, nigdy już nie zdołali wyrwać się ze spirali śmierci, w którą cisnął ich błąd przodka.

Droga na skróty

Komuniści mieli różne pochodzenie. Część była zateizowanymi polskimi żydami, niektórzy przyjechali na sowieckich czołgach – jednak większość była Polakami, którzy zrujnowani i zdemoralizowani hitlerowską okupacją zdecydowali się iść na służbę nowego okupanta.

Funkcjonowali w świecie, w którym katolicy stanowili większość absolutną. To im dawało przewagę. Kłamali w społeczeństwie nieprzyzwyczajonym do tego, że osoba urzędowa może po prostu łgać w żywe oczy. Kradli w społeczeństwie, którego większość uważała kradzież za grzech i obciach. Mordowali w świecie, w którym ludzie mieli wpojony szacunek do życia…

Początkowo była ich garstka. Jeden promil populacji utrzymywany przy władzy tylko dzięki pomocy sowieckich bagnetów. Jednak socjalizm wytrwale budował swoim pachołkom drogi na skróty. Dawał wszystkim chętnym do służby pozycję nadludzi (a choćby talon na dużego fiata oferowany wraz z legitymacją partyjną – też nie do pogardzenia). Tylko że wstąpienie do partii było jak cyrograf podpisany z diabłem. A oni go podpisywali. Zrywali z Kościołem. Odrzucali religię, a wówczas stopniowo następowała erozja ich dusz.

Wszyscy znamy ludzi, którzy z różnych przyczyn pokłócili się z Bogiem – ale „są w porządku”. Nie kradną, nie kłamią, nie oszukują, nie biorą łapówek. Nadal żyją wedle wpojonego im niegdyś systemu wartości identycznego, lub prawie identycznego, z naszym. Nie chrzczą już dzieci, nie posyłają na religię, obchodzą jeszcze Wigilię, ale jako „świecką uroczystość”. Ale da się z nimi dogadać. Nie kradną, nie oszukują; można na nich polegać.

Mija jednak kilka lat, spotykamy ich dzieci – już dorosłe – i widzimy, że rodzicom nie dorastają one do pięt. Z ich zachowania widać wyraźnie, że lepiej z nimi nie robić żadnych interesów; lepiej nie dopuszczać ich do komitywy; a i rozmawiać nie bardzo jest o czym. Bywa, że po latach poznajemy ich wnuki i wtedy dopiero łapiemy się za głowy…

Najstraszliwsze w życiu świństwa „wycięli” mi ludzie, których uważałem za przyjaciół, a którzy byli ateistami w drugim i trzecim pokoleniu. Takie właśnie dzieci i wnuki ludzi, którzy „byli w porządku”, ale którym wraz z brakiem wiary zabrakło czegoś istotnego. Formacji moralnej? Inteligencji? Nikt ich nie nauczył rzeczy podstawowych. Żeby nie uwodzić cudzej dziewczyny. Że mając możliwości, warto pomóc koledze w znalezieniu pracy. Że za wykonaną pracę trzeba zapłacić, ile się obiecało. Że pożyczone pieniądze, nawet marne gorsze, wypada oddać. Że nie jest dobrym interesem ukraść coś jednemu kumplowi i sprzedać drugiemu.

Czy to jeszcze Polacy?

Obok nas dorasta trzecie, czasem czwarte pokolenie potomków tych „porządnych ludzi, ale ateistów”. Nie jest jeszcze bardzo liczne – ale już je widać. Jest głośne, wulgarne, agresywne. Widać ich na ulicach. Widzimy ich knajackie, ohydne i pełne nienawiści komentarze w necie.

Ci ludzie żyją w świecie kompletnie pozbawionym Boga. Nie mieli „moherowej” babci, która zaprowadziłaby ich w dzieciństwie kilka razy do kościoła. Nie mają pojęcia o naszej religii, obrzędach, zwyczajach. Mają nader nikłe pojęcie o historii Polski. Opowieści o dawnych czasach ich nudzą, bohaterstwo minionych pokoleń kompletnie ich nie obchodzi (albo uważają je za frajerstwo). Większość nie rozumie naszej symboliki narodowej – czego wymownym przykładem był przed paru laty niejadalny czekoladowy orzeł. Nowocześni rodzice zachłyśnięci modnymi aktualnie modelami wychowania nie wpoili im nawet elementarnej kindersztuby.

Czy obserwują nas całkowicie z zewnątrz – jak antropolog obserwuje życie wioski Papuasów? Nie, jest gorzej. Oni nas nawet nie obserwują. Za to o nas czytają – wyrabiają sobie opinie na podstawie tego, co im suflują media dyszące nienawiścią do Kościoła, do wiary, do naszego systemu wartości. Kościół ciągle wyciąga do nich rękę – znikomy promil korzysta z tej szansy. Większość nie. Sami żyją inaczej. Kształtuje ich moda na samorealizację i hedonistyczne skupienie na własnych przyjemnościach.

My możemy naszym życiem dawać świadectwo w nieskończoność – oni tego nie zauważają. Odeszli tak daleko, że uznają uczciwość, słowność, moralność, patriotyzm za naiwność i słabość.

Tuż obok nas, w naszym kraju i na naszych oczach rodzi się nowy naród – jeszcze polskojęzyczny, ale już nie polski. Czy jesteśmy w stanie jeszcze coś z tym zrobić?

 

Andrzej Pilipiuk – pisarz i publicysta, z wykształcenia archeolog, laureat nagrody literackiej im. Janusza A. Zajdla za rok 2002.

Kategorie
Nasze akcje

Dmowski zostaje! Petycja ws. nazwy ronda w Warszawie

Proaborcyjni lobbyści, wraz z popierającymi ich postulaty politykami skrajnej lewicy, domagają się od władz Warszawy zmiany nazwy Ronda Romana Dmowskiego na Rondo Praw Kobiet. Poprzez tę petycję do prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego, sprzeciwiamy się próbie ataku na pamięć historyczną i osobę współtwórcy polskiej niepodległości.

Bezkarność poczynań lobby proaborcyjnego, które pod zwodniczym hasłem „Ogólnopolski Strajk Kobiet” od kilku miesięcy organizuje uliczne ataki agresji i wulgarności, doprowadziła do kolejnej, absurdalnej inicjatywy. Oto metodą faktów dokonanych oraz poprzez bezpośrednią presję polityczną, próbuje się nakłonić warszawski magistrat do usunięcia Romana Dmowskiego z nazwy jednego z kluczowych rond w centrum stolicy.

Kliknij tutaj i dołącz do protestu na stronie dmowskizostaje.pl.

Radykalna lewica chce, aby jeden z ojców niepodległości Polski przestał być patronem ronda, a na nową nazwę forsuje się absurdalne sformułowanie „Rondo Praw Kobiet”. Niedouczone feministki nie wiedzą nawet, że po odzyskaniu niepodległości przez Polskę to dzięki ugrupowaniom narodowym i konserwatywnym do Sejmu weszło wiele kobiet.

Prawdopodobnie współczesna radykalna lewica nie zna nazwisk takich jak Gabriela Balicka, Maria Holder-Eggerowa, Wanda Ładzina, Irena Puzynianka, Zofia Sokolnicka, Halina Felicja Stęślicka, Helena Grossmanówna, Ewelina Pepłowska, Zofia Zaleska, Józefa Szebeko. Dzięki tym oraz wielu innym zasłużonym kobietom, odradzająca się Rzeczpospolita mogła obronić swój byt w latach 1919-1921, a następnie ustanowić wiele nowych praw, dających właśnie kobietom niespotykane w wielu krajach Zachodu możliwości.

Rodzimi działacze proaborcyjni, wojujący z religią oraz prawami człowieka do wolności i do życia, nie działają samodzielnie. Polityczne wsparcie czerpią od bliźniaczych środowisk w bogatych krajach rozwiniętych, czują się bezkarni, gdy w obronie ich wybryków chuligańskich upominają się wysoko postawieni w Unii Europejskiej politycy. Nic więc dziwnego, że teraz ośmielili się podnieść rękę na pamięć o wielkim Polaku, wytrawnym polityku i człowieku zasłużonych dla budowania świadomości narodowej w Polsce okupowanej przez trzech zaborców.

Nie tylko Dmowski im przeszkadza

Atakując dzisiaj pamięć o Romanie Dmowskim oraz dopuszczając się kłamstw o jego życiu i działalności, lewackie środowiska otwarcie podjęły swój „marsz przez Polskę”. Obserwując radykalizm form działania, wulgarność języka, obsceniczność zachowań i bezczelne posługiwanie się kłamstwami widzimy, że wytoczone przez feministki i lewicowych działaczy armaty to tylko kolejny element w walce o to, jaka ma być Polska w niedalekiej przyszłości.

Co więcej, należy być pewnym, że ta walka może być także batalią o to, czy Polska ma w ogóle istnieć, czy – jak próbowali to wdrożyć w życie dwaj lewicowi dyktatorzy – Hitler i Stalin – Polska może funkcjonować jako państwo suwerenne, z własnym systemem prawnym akceptowanym przez społeczeństwo. Czy może – jak często mówi lewica – nasze prawo ma być recenzowane i dopasowywane do tego, czego chcą w swej agendzie instytucje ponadnarodowe, jak Unia Europejska czy ONZ.

Musimy zareagować już teraz! Dlatego powstała petycja do Rafała Trzaskowskiego

Nasza walka jest więc nie tylko symboliczna – to nasz kolejny obowiązek postawienia tamy temu, co niszczy tkankę narodu, co dla nas niepodważalne i cenne. Likwidowanie pamięci o budowniczym polskiej niepodległości jest dla lewicy kontynuacją dzieł tych, którzy nie pogodzili się nigdy z wolną i suwerenną Polską w centrum Europy. Marksizm – leninizm, hitleryzm i komunizm mają te same korzenie i tych samych oponentów.

Dla nich niepodległa Rzeczpospolita jest zadrą w oku, tak jak zadrą w ich oczach jest pamięć o Romanie Dmowskim. Dlatego nie możemy być obojętni i musimy włączyć się w protest przeciwko pomysłowi likwidacji nazwy „Rondo Romana Dmowskiego”.

W naszej petycji dostępnej na stronie dmowskizostaje.pl domagamy się od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego pozostawienia w nazwie ronda Romana Dmowskiego. Od prezydenta stolicy oraz wojewody mazowieckiego oczekujemy oświadczenia, w którym potwierdzą, że nazwa ronda w centrum Warszawy, nadal będzie upamiętniać postać Romana Dmowskiego.

Dołącz do tysięcy polskich patriotów, którzy już wysłali protestkliknij i wejdź na stronę z petycją.

Akcję petycyjną organizuje Stowarzyszenie „Polonia Christiana” we współpracy ze Stowarzyszeniem Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Grzegorz Kucharczyk: Trwoga, co odwodzi od Boga

Prymas Wyszyński mówił, że największymi wrogami Ojczyzny, Narodu i państwa są tchórze. Największymi sprzymierzeńcami władzy są milczący obywatele, którzy nie mają odwagi powiedzieć wprost: „Nie godzi się wam tego czynić!”. Ale tchórze są również śmiertelnym zagrożeniem dla Kościoła.

Czy kardynał Stefan Wyszyński pozamykałby kościoły?

Uwięziony przez komunistów Stefan kardynał Wyszyński zanotował w Zapiskach więziennych taką refleksję: Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, już Go nie wyznawali. Dodali odwagi oprawcom. Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich. Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. „Zmusić do milczenia przez lęk” – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. (…) Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam oblicza swego od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo. Chrystus nie dał się sterroryzować ludziom. Gdy wyszedł na spotkanie hałastry, odważnie powiedział: „Jam jest”.

Te słowa Sługi Bożego, a zwłaszcza dramatyczne pytanie, czy apostoł-tchórz jest jeszcze apostołem, nasuwają się, gdy obserwujemy zachowanie biskupów w różnych częściach świata (Włochy, Meksyk). Na wieść o rozprzestrzenianiu się epidemii koronawirusa bez większego szemrania wykonali oni „zalecenia” władz świeckich i pozamykali kościoły, zakazując de facto wiernym dostępu do sakramentów na czele z Eucharystią – źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego (Lumen gentium, 11).

Posłuszeństwem wobec władz państwowych wykazali się również polscy biskupi. Najpierw usłyszeliśmy, że będzie więcej Mszy Świętych, potem przyszła dyspensa od uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii i akceptacja wyznaczonego przez państwo limitu pięćdziesięciu wiernych na Mszy Świętej, na koniec zaś zgoda na obniżenie dozwolonej liczby wiernych w kościele do pięciu.

Jak widać, przytoczone powyżej słowa Soboru Watykańskiego II niespecjalnie wzięli sobie do serca hierarchowie, którzy z pewnością jak jeden mąż określiliby się mianem „dzieci soboru” – tego jednego, jedynego, Watykańskiego II.

Zalęknieni następcy apostołów, zamykając na głucho świątynie, pokazali w praktyce, jak pojmują istotę Kościoła otwartego, Kościoła ubogiego dla ubogich, Kościoła, którego pasterze mają pachnąć owieczkami, wreszcie Kościoła-lazaretu, gdzie opatruje się rannych, a nie potępia ich. Następcy apostołów, którzy w czasie burzy na Jeziorze Galilejskim odruchowo zwrócili się do śpiącego Mistrza z wołaniem o pomoc, dzisiaj Go już nie dostrzegają i raczej zdają się słuchać komunikatów dochodzących z innych łodzi: Lepiej Go nie budźcie! W tych warunkach nawet On nie da rady. Róbcie, co my wam każemy.

W dobie, gdy coraz popularniejsze są Msze Święte o uzdrowienie (zwłaszcza w tak zwanych grupach charyzmatycznych), nagle okazuje się, że kontakt z Ciałem Chrystusa może być śmiertelnym zagrożeniem. Najwyraźniej zalęknieni następcy apostołów nie doczytali na kartach Ewangelii, że Pan Jezus nigdy nie zarażał, ale uzdrawiał – nie tylko na duszy, ale i na ciele.

Judasz, czyli niewierzący apostoł

Pytanie zasadnicze brzmi, czy zalęknieni następcy apostołów wierzą na serio w realną obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Bo jeśli wierzą tylko na niby, to potwierdzają diagnozę kardynała Roberta Saraha, który w swojej książce Wieczór się zbliża stwierdził, że z murów Kościoła sączy się tajemnica zdrady. (…) Od dawna przeżywamy tajemnicę Judasza. To, co teraz wychodzi na światło dzienne, ma głębokie przyczyny, które trzeba jasno i odważnie napiętnować. Kryzys przeżywany przez duchowieństwo, Kościół i świat jest radykalnie kryzysem duchowym, kryzysem wiary. Przeżywamy tajemnicę nieprawości, tajemnicę zdrady, tajemnicę Judasza.

Na czym polegał upadek Judasza? Nie na zdradzie Mistrza. Ta była przejawem upadku wiary apostoła we wszechmoc i miłosierdzie Boże. Jak mówią ojcowie Kościoła, zdrada zrodziła się w sercu Judasza, gdy zwątpił w Chrystusową naukę o Eucharystii, zapisaną w szóstym rozdziale Ewangelii świętego Jana. Wtedy – jak zanotował Ewangelista – wielu uczniów (J 6, 66) odeszło od Pana. Judasz – prototyp współczesnych modernistów – pozostał, ale już nie wierzył. Nie wierzył ani we wszechmoc Bożą, która jest w stanie zamienić chleb w Ciało, ani w miłosierdzie Boże, dlatego uległ rozpaczy i powiesił się. Rozpacz to skrajna postać niewiary. Judasz widział w Jezusie tylko człowieka i dlatego nie był w stanie uwierzyć, by ten człowiek (tylko człowiek) mógł mu wybaczyć zbrodnię zdrady. Po ludzku to niemożliwe.

Przed kim drżą zalęknieni apostołowie?

Zamknięcie kościołów i zakaz Mszy Świętych w obliczu zarazy to właśnie tajemnica Judasza. Jak wyjaśnia kardynał Sarah, jest ona wyrafinowaną trucizną. Diabeł usiłuje sprawić, byśmy zwątpili w Kościół, który jest przedłużeniem Chrystusa. Prefekt kongregacji kultu Bożego i dyscypliny sakramentów ostrzega: My, biskupi, powinniśmy drżeć na myśl o naszym karygodnym milczeniu, o naszym milczeniu, które czyni nas współwinnymi, o naszym milczeniu, które chce przypodobać się światu.

Obserwując zachowanie włoskich biskupów, trudno się pozbyć wrażenia, że raczej żaden z nich specjalnego drżenia nie odczuwa. A jeśli już, to raczej przed urzędnikami państwowymi, którzy nakazują zamykanie świątyń. Lękliwi następcy apostołów nie znają, co to autonomia państwa i Kościoła i bez oporu redukują Kościół, którego mają być pasterzami, do jednej z agend państwa włoskiego. Złamani na duchu zachowują się jak tak zwani zaprzysiężeni księża w dobie rewolucji francuskiej, to znaczy ci, którzy zgodzili się zaprzysiąc przestrzeganie „konstytucji cywilnej kleru” z 1790 roku. Gdy przyszła kolejna „mądrość etapu” w postaci całkowitego zakazu chrześcijańskiego kultu we Francji (1793), także i to zaakceptowali bez większego oporu.

Jeśli by się dobrze zastanowić, to po raz ostatni do tak masowego zamykania katolickich kościołów w północnej Italii doszło w V i VI wieku po Chrystusie, gdy na Półwyspie Apenińskim panowali ariańscy Ostrogoci. Nawet wkroczenie do Lombardii w roku 1796 republikańskiej armii francuskiej dowodzonej przez generała Napoleona Bonaparte czy realizowany w połowie dziewiętnastego wieku przez miejscowych liberałów piemoncki Kulturkampf, nie pociągnęły za sobą tak drastycznego ograniczenia katolickiego kultu. Co potrafi tajemnica Judasza!

Obostrzenia i zamknięte kościoły – powrót do „ciemnych wieków”

Warto zwrócić uwagę, że zalęknieni następcy apostołów nie tylko w Italii ochoczo występują w roli potulnych wykonawców zarządzeń państwowych. Wcześniej z analogicznym fenomenem mieliśmy do czynienia w przypadku podążającego szeroką, synodalną drogą ku przepaści Kościoła niemieckiego. Tam ważni hierarchowie żyrowali uprawianą przez kanclerz Merkel Willkommenspolitik wobec napływających setek tysięcy imigrantów. Gdy trzeba było, krytykowano wszystkich, którzy wyrażali wątpliwości, co do zasadności, z punktu widzenia elementarnego bezpieczeństwa, niekontrolowanego wpuszczania takich mas ludzi na obszar Niemiec. No, ale kryzys wiary pociąga za sobą kryzys rozumu.

Tak też należy tłumaczyć zgodę niemieckich biskupów, by nie prowadzić wśród muzułmańskich imigrantów działalności ewangelizacyjnej. Zgodnie bowiem z enuncjacjami ważnych urzędników zarówno na poziomie federalnym, jak i landowym, coś takiego mogłoby doprowadzić do niepotrzebnych napięć i konfliktów religijnych. Takich rzeczy nie trzeba było dwa razy powtarzać kardynałowi Reinhardowi Marxowi, metropolicie Monachium i Fryzyngi (do niedawna przewodniczącemu Konferencji Episkopatu Niemiec), który w roku 2016, przebywając w Jerozolimie na Wzgórzu Świątynnym, w trosce o wrażliwość religijną muzułmańskich gospodarzy zdjął swój krzyż napierśny.

Cofamy się więc do czasów sprzed gregoriańskiej odnowy Kościoła (XI–XII wiek), gdy Kościół in capita et in membra był podporządkowany władzy świeckiej, gdy wśród duchowieństwa szerzyły się rozmaite dewiacje (dość poczytać pisma doktora Kościoła, świętego Piotra Damianiego). Droga odnowy szła przez męstwo, na które – jak uczy święty Tomasz z Akwinu – składa się akt wytrwania (jak kluniackich mnichów cierpliwie budujących swoją kongregację) i akt natarcia (jak w przypadku niezłomnej postawy świętego papieża Grzegorza VII, który nie ugiął się przed cesarzem).

Nie całować klamki rządzących!

Na koniec jeszcze raz słowa Sługi Bożego, prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego ze szczególną dedykacją dla tak dzisiaj wielu zalęknionych następców apostołów: I nam też, najmilsi, każdemu biskupowi zależy na tym, aby był jak najbardziej wyrazisty, jasny, żeby światłość jego świeciła przed ludźmi, abyście mogli mieć zaufanie do waszego biskupa, że was w błąd nie wprowadzi, że nie będzie was uczył takiej nauki, której nie chcecie przyjąć, że będzie wam mówił prawdę Bożą i głosił wam Ewangelię, nie tak jak mu się wydaje, ale jak Chrystus, jak Kościół powszechny naucza. Dlatego biskup musi być wyrazisty, czytelny dla swoich owieczek. Nie może zamazać stylu swojego postępowania. Chociaż niekiedy chcą od niego, by się kłaniać, nie może iść do Canossy, nie może całować klamki rządców i władców, chociaż oni tego bardzo niekiedy pragną – dlatego, że biskup jest widocznym znakiem religijnej, nadprzyrodzonej jedności diecezji (22 marca 1965).

Grzegorz Kucharczyk – historyk myśli politycznej, profesor Instytutu Historii PAN, wykładowca w Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wlkp, gdzie jest dziekanem Wydziału Bezpieczeństwa i Administracji.

 

Artykuł został opublikowany w 74. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Kinga Wenklar: Dzieci na zielonym froncie

Sprzeciw, protest, walka, obrona, zagłada, katastrofa – takie słowa licznie pojawiają się w książkach i programach o ekologii dla dzieci. Budują w nich poczucie zagrożenia, rodzą presję, by natychmiast działać, los świata brać w swoje ręce. Czy rzeczywiście chcemy posyłać nasze dzieci na tę wojnę?

Zacznę od twierdzeń, które nie są już dziś tak oczywiste, jak jeszcze w połowie minionego wieku. Dzieciństwo, jak żaden inny etap ludzkiego życia, to czas wyjątkowej jedności z przyrodą. Psychologia dziecięca potwierdza, że ta niezwykła więź jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju dziecka – jego motoryki, intelektu, zmysłów i emocji. Przyroda rozładowuje stres, a kontakt ze zwierzętami pozwala doświadczyć pierwszych głębokich relacji opartych na odpowiedzialności, samodzielności, empatii. W sposób na wskroś ludzki, angażując całego młodego człowieka, a nie tylko parę szarych komórek, natura uczy budowania dojrzałych więzi. Ponadto życie w kontakcie z nią pozwala doświadczać na co dzień, że jesteśmy ważną, integralną częścią stworzonego świata. Czujemy się bezpieczni.

Nic zatem dziwnego, że maskotki zwierząt, przyrodnicze filmy i książki zajmują szczególne miejsce w życiu dzieci. Większość rodziców intuicyjnie dostrzega to ciążenie ku naturze i niedosyt relacji z nią. Nieszczęście polega na tym, że cała edukacyjna para idzie w kontakt intelektualny i audio-wizualny, tymczasem istotą życia w relacji z przyrodą jest jej wymiar cielesny, fizyczny.

Natura nie jest abstrakcją. Znać fakty na jej temat, a obcować z nią na co dzień – to są zupełnie odmienne stany świadomości. Brak kontaktu z naturą sprzyja skrajnym postawom względem niej: ignorancji albo ubóstwieniu. Co więcej, w kimś, kto ceni przyrodę znaną mu jedynie w teorii, bez korekty realnego doświadczenia, dużo łatwiej rozbudzić ideologiczny zapał ekologa: wystarczy odwołać się do młodzieńczej werwy, idealizmu, pragnienia czynu.

Janczarzy ekologii

Ekolodzy do niedawna jeszcze ignorowali istnienie dzieci. W roku 2005, w swojej książce Ostatnie dziecko lasu z żalem rozważał to zaniedbanie Richard Louv: Być może ich [ekologów] brak entuzjazmu wynika z nieuświadomionego ambiwalentnego stosunku do dzieci, które symbolizują albo reprezentują przeludnienie (sic!). W ostatnich latach jednak aktywiści dostrzegli potencjał młodości chmurnej i durnej. Dzieci i młodzież to przecież grupa cudownie nieświadoma mechanizmów sterujących, która jednakowoż – jeśli już się ją poruszy – działa z siłą wodospadu. Nic bardziej skutecznego niż młodzi przekonani do rewolucji.

Można podejrzewać, że jeśli ideologiczne ruchy ekologiczne osiągną to, czego dokonał ruch wyzwolenia seksualnego w latach sześćdziesiątych, to świat odmieni się nie do poznania. Perspektywa jest obiecująca, a opanować umysły dzieci jest dziś niebywale prościej niż choćby dwadzieścia lat temu – dzięki mediom dostęp do nich jest otwarty. Do tego główna strategia ekologów – straszyć i wzbudzać poczucie winy – działa już cuda w pokoleniu rodziców.

Przemarsz młodziutkiej Grety Thunberg przez najbardziej wpływowe światowe instytucje i pełen namaszczenia posłuch, jakim obdarza się ją podczas jej emocjonalnych wystąpień, świadczy przede wszystkim o upadku etosu człowieka dojrzałego. Prezentowana przez nią egzaltacja nie dziwi u nastolatki i może nawet byłaby w jakiś sposób urocza, gdyby nie impertynencja i arogancja. Pod tym względem dużo lepiej wypada subtelna dziewięcioletnia Polka, Maja Mulak, która nie tak dawno na szczycie klimatycznym w Katowicach wzywała dorosłych, by wycofali się z produkcji oleju palmowego, ocalając tym samym od śmierci orangutany na Borneo.

Zdumiewająca jest tu postawa dorosłych – polityków, wpływowych przedsiębiorców – to, jak inspirują tę pajdokrację i ją celebrują, poddając grzbiet połajankom małolatów z przyjemnością bliską drapanemu za uchem kotu. Greta i Maja idą przodem, drogę torują im ich rodzice i Tajemniczy Opiekunowie. A za nimi ciągną, również polscy, uczniowie ze strajkami klimatycznymi, którzy piszą o sobie: Nie jesteśmy ekspertami do spraw ekologii i zmian klimatu, lecz młodzieżą świadomą zagrożenia, jakim jest katastrofa klimatyczna, i walczącą o prawo do swojej przyszłości. (…) Uczymy się z myślą o przyszłości, którą kryzys klimatyczny stawia pod znakiem zapytania. Z wpisów wynika, że spodziewając się hekatomby, zajmują się organizowaniem strajków (za moich czasów nazywało się to robienie zadymy), upublicznianiem wstrząsających danych (na przykład, że przemysł modowy wygenerował dziewięćdziesiąt dwa miliony ton odpadów) oraz szyciem transparentów i płóciennych woreczków. Jak zatem widać, strategia siania strachu i poczucia winy działa również wśród dzieci i młodzieży.

Znikające zwierzęta, Ratujmy zwierzęta, Śmieciogród, Uratuj Ziemię!, Śmieci – najbardziej uciążliwy problem na świecie – to tylko niektóre z cieszących się popytem książek dla dzieci o ekologii. Wszystkie są starannie ilustrowane, ale ich język przynosi katastroficzne obrazy, rodzi niepokój i poczucie osamotnienia w świecie, który za chwilę zginie z powodu bezmyślnego postępowania dorosłych.

Poczucie misji, jakie ten typ edukacji sączy w umysły dzieci, jest głęboko nieuczciwe. Zosia, Franek ani Hania nie ocalą polarnych niedźwiedzi przed głodową śmiercią. A kreślenie przed nimi agonii tysiąca gatunków (na przykład wargatek stadny, marmozeta lwia, pająk z Jaskini Kanthan) czemu ma służyć, jeśli nie przekonaniu o nadciągającym katakliźmie?

W książkach poświęconych śmieciom ludzki świat kreśli się w sposób tak odpychający, brudny i tchnący fetorem, że edukacyjna wizyta na podkrakowskim wysypisku śmieci, którą niedawno odbyłam z dziećmi, wydaje się być przechadzką po parku. Przeszłość ukazują one, jak gdyby impulsywny konsumpcjonizm i brak szacunku dla rzeczy nie był przywarą wyłącznie najnowszych czasów. Ani słowa o tym, że wystarczyłoby, jak za dawnych czasów, zacząć naprawiać rzeczy zepsute, cerować dziurawe, zszywać podarte albo nie nabywać nowego, gdy stare przestało być modne.

Celem strategii jest, by wszyscy się wstydzili. Jesz słodycze – zabijasz orangutany; latasz samolotem – mordujesz polarne niedźwiedzie; pijesz wodę z plastikowej butelki – wieloryb ginie w mękach. Ekologiczne nastolatki wiedzą, o czym piszę. Płóciennym woreczkiem, jak listkiem figowym, przesłaniają swój wstyd, a nas nienawidzą: tych bezmyślnych, aroganckich i nieudolnych dorosłych, którzy na ich oczach niszczą to, co należy do dzieci – przyszłość świata.

Rozum przeciw ideologii

A co z etosem dorosłego człowieka – opiekuna i strażnika, który chroni oazę dzieciństwa? Dlaczego pozwalamy, żeby ktoś wysyłał nasze dzieci na klimatyczną wojnę? Co dobrego ma wyrosnąć z pokolenia przedwcześnie dojrzałych społecznych sierot, które wróbla nie odróżniają od mazurka, ale żyją w trwożliwym poczuciu odpowiedzialności za Australię i resztę świata?

Nie zapewni rozsądnej ochrony puszczy ten, kto nigdy w niej nie był, nie uratuje kormorana ten, kto nie wie, gdzie szukać gila, trznadla czy czyżyka. Nie będzie rozważnym urbanistą ten, kto nie wpisał w swój życiorys żadnej „własnej” rzeki, łąki czy polany. Zamiast straszyć dzieci klimatycznym Armagedonem, wyłączmy im internet i zabierzmy je do lasu – niech nauczą się łowić ryby, pomieszkają w namiocie, rozpalą same ognisko, spróbują zdobyć wodę. Niech powalczą z myszami w domu albo nornicą w ogrodzie.

Samotne eksploracje i przebywanie na łonie natury to nie przestarzały żart, a podstawa wychowania, choćby w skautingu. Przywiązanie do miejsca – domu, społeczności, okolicy – znajomość najbliższej przyrody: to one gwarantują, że gdy dzieci dorosną, będą wiedziały, co jest dobre i ważne tu i teraz, a nie kiedyś, na odległych kontynentach. Tak zapomniane dziś rozsądne wyczucie dobra wspólnego, jego rozumienie i troska o nie jest skutecznym antidotum na zideologizowaną ekologię. Ale wymaga zakorzenienia: zaangażowania w sprawy rodziny i najbliższego otoczenia, dorastania w uważnej obecności dorosłych, którzy czuwają nad tym, by ciężar odpowiedzialności był adekwatny do wieku i dojrzałości, wreszcie – gruntownej wiedzy. Wymaga tego wszystkiego, co dziś wydaje się być zawstydzającym anachronizmem…

 

Kinga Wenklar – żona i matka. Etnolingwistka i publicystka.

Artykuł został opublikowany w 73. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Łukasz Karpiel: Patchworkowy świat

Tata Jacek po kłótni z mamą Anną wraca do domu. Żona Barbara wita go w złym humorze, gdyż pokłóciła się z mężem Jarosławem, kiedy go poprosiła, aby odwiózł jej syna oraz swoje dwie córki. Ten dzień w rodzinie Nowakowskich-Kowalskich-Andrzejewskich-Śledziowskich nie należał do udanych. Wszyscy jednak liczyli na zbliżający się wyjazd do Zakopanego. Czy jednak, jak podejrzewał mąż Artur, cała rodzina nie wróci spod Tatr „wzbogacona” o nową żonę? W ten sposób można streścić fabułę odcinka niejednego serialu-tasiemca. Takie „życiowe” produkcje odnajdujemy również w programie publicznego nadawcy. Nie ma to jak misja promowania postaw „prorodzinnych”…

 

Patchwork to metoda szycia polegająca na łączeniu małych kawałków materiału w większą całość układającą się w nowy wzór. Tworzące patchwork fragmenty mogą się znacznie różnić pod względem koloru i faktury. Kawałki materiału pochodzą zwykle z różnego źródła – są fragmentami innych całości.

Na podobnych zasadach skonstruowana jest tak zwana rodzina patchworkowa. W psychologii tego typu rodziny określa się mianem rodzin zrekonstruowanych, czyli takich, w których co najmniej jedno dziecko nie jest dzieckiem wychowującej go pary. Rodziny takie powstają w wyniku rozpadu wcześniejszych struktur, który następuje na skutek śmierci jednego z rodziców albo ich rozwodu czy rozstania. Trzeba dodać, że z każdym rokiem rośnie liczba rodzin patchworkowych powstałych z drugiego z wymienionych powodów.

I choć nawet wśród liberalnie nastawionych psychologów nie brak takich, którzy ostrzegają przed licznymi niebezpieczeństwami, na jakie narażone są osoby wchodzące w tego typu układy, w popkulturze obserwujemy tendencję do coraz śmielszego promowania patchworkowego rozwiązania kwestii rodzinnej. Ileż to salw śmiechu (odtwarzanego z tak zwanej puszki) wywołały wszelkiego rodzaju qui pro quo stające się faktem na skutek poddania rodziny procesowi rekonstrukcji. Jak jest wesoło, kiedy z twarzy serialowych dzieci nie schodzi uśmiech spowodowany zmultiplikowaną liczbą prezentów otrzymywanych od niezliczonych babć, dziadków, wujków, cioć i wszelkiej maści „przyjaciół”. A że takim malcom w przyszłości może być trudno uwierzyć, iż możliwe jest małżeństwo aż po grobową deskę, czy nawet długoletnia przyjaźń, o to już twórcy sitcomów nie dbają.

Dla odmiany w „poważnych” serialach odnajdziemy oczywiście cienie patchworkowych układów, lecz z kolei ilość ukazanych tam zrekonstruowanych rodzin sprawia, że wciągnięty w fabułę widz nabiera podejrzenia, iż ma do czynienia z sytuacją całkiem normalną, ba, nawet na swój sposób pociągającą.

Współczesny atak na rodzinę odbywa się na wielu płaszczyznach. Jego efektem są rozliczne sytuacje kryzysowe. Jednak czy lekarstwem na nie mają okazać się patchworkowe układanki promowane w mediach? Oczywiście, że nie. Dalsze ocieplanie wizerunku połączone z ukazywaniem ich jako sposobu nowoczesnego organizowania życia „rodzinnego” może tylko pogorszyć status quo. A stąd tylko krok do katastrofy.

Łukasz Karpiel

 

Artykuł został opublikowany w 72. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jan Bereza: Polska jest nasza

Polska nasza: jak masowy przyjazd Ukraińców zmienił sąsiedni kraj – tak zatytułował ukraiński portal „Ewropejska Prawda” artykuł o zmianach demograficznych w Polsce spowodowanych masową emigracją zza Buga. Przytaczając opinie osób na najwyższych urzędach w Polsce, ukraiński portal przyznał, że w Polsce na pobyt czasowy i stały może przebywać od dwóch do dwóch i pół miliona Ukraińców. Przy niespełna trzydziestu ośmiu milionach obywateli Polski taka liczba oznaczałaby, że nowo przybyli Ukraińcy stanowią blisko siedem procent populacji naszego kraju.

Jaka jest liczba Ukraińców w Polsce?

Jeśli za bardziej wiarygodne uznać „policzenie” Ukraińców smartfonami, to według publikacji „Ewropejskiej Prawdy” szacunkowa liczba przybyszów zza Buga wynosiłaby 1,3 mln. Tyle bowiem osób posługuje się aplikacjami w języku rosyjskim lub ukraińskim i przynajmniej jeden raz w roku przekracza granicę polsko-ukraińską. Innymi danymi, na podstawie których można potwierdzić lawinowy przyrost przebywających w Polsce Ukraińców, są wydane oficjalne zezwolenia na pobyt w Polsce oraz liczba płatników składek do ZUS, których w drugiej połowie 2019 roku było już pół miliona. Opłacanie składek daje bowiem możliwość korzystania z przywilejów osób ubezpieczonych, w tym między innymi prawa do emerytury wypłacanej w Polsce.

Przewrót polityczny na Ukrainie w roku 2014, trudna sytuacja gospodarcza i brak wiary w lepsze życie nad Dnieprem wypchnęły miliony Ukraińców za granicę. Dane Banku Światowego mówią o 6 mln imigrantów zarobkowych z Ukrainy, którzy drogą bankową przesłali nad Dniepr 14 mld dolarów amerykańskich (co odpowiadało 14 procentom PKB państwa ukraińskiego – przypis autora) – donosi portal „Hromadske.ua”. Gdyby uwzględnić także przywożoną do domów gotówkę, kwota ta z pewnością przekroczyłaby 20 mld dolarów amerykańskich.

W Polsce co piąta firma zatrudnia obywatela Ukrainy, a język ukraiński i rosyjski słyszymy nawet w małych miasteczkach, gdzie sąsiedzi ze wschodu znaleźli pracę. W dużych miastach Ukraińcy stanowią znaczną część mieszkańców, szacowaną najczęściej na około 10 procent. Duży jest również udział studentów z Ukrainy na polskich uczelniach. Nic więc dziwnego, że o nowym zjawisku społecznym napisano w Polsce już wiele. Mało jednak wiemy, jak o obecności Ukraińców w Polsce piszą media ukraińskie, w których nasz kraj podawany jest często jako przykład rozwoju ekonomicznego i udanych reform, które chcieliby u siebie przeprowadzić nasi sąsiedzi. W wielu obszarach zarządzania państwem Ukraina wzoruje się na Polsce, a przykładem może być wdrażana obecnie reforma samorządowa, oparta na stworzeniu trzech szczebli samorządowych.

Niestety, media ukraińskie chętnie rozdmuchują także przykłady różnych wybryków chuligańskich, których ofiarami padają obywatele ich kraju, oszczędnie traktując o zdarzeniach, których negatywnymi bohaterami są Ukraińcy.

Mały Kijów nad Odrą

Z danych z jesieni 2019 roku wynika, że na 611,2 tys. osób zameldowanych na pobyt stały i czasowy we Wrocławiu jest 17,2 tys. obcokrajowców. Ponad połowę z nich stanowią Ukraińcy (około 9,9 tys. osób). Kolejne miejsca zajmują Białorusini (1165 zameldowanych), Rosjanie (624 zameldowanych) i Hindusi (509 zameldowanych). Dominację Ukraińców widać także w szkołach – do szkół podstawowych i ponadpodstawowych prowadzonych przez miasto Wrocław uczęszczało pod koniec 2019 roku 2787 dzieci obcokrajowców, w tej liczbie 2318 dzieci obywateli Ukrainy. Tyle oficjalne dane z Urzędu Miejskiego Wrocławia, które daleko odbiegają od informacji prasowych i tego, z czym spotykają się wrocławianie w firmach, sklepach i na ulicach.

Ukraiński portal „Ewropejska Prawda” ocenia, że we Wrocławiu mieszka nawet do 100 tysięcy obywateli Ukrainy, co stanowiłoby już 16 procent ludności miasta. Dlatego też wrocławską dzielnicę Krzyki nazywa żartobliwie małym Kijowem. Nadając w ukraińskim medium Wrocławowi tytuł lidera integracji, brano pod uwagę różne inicjatywy, które mają sprawiać, by sąsiedzi zza wschodniej granicy czuli się w stolicy Dolnego Śląska jak najlepiej.

Należą do nich: powołanie pełnomocnika prezydenta do spraw mieszkańców pochodzenia ukraińskiego, gorąca linia w urzędzie, służąca zgłaszaniu napisów określanych mianem „mowy nienawiści”, klasy adaptacyjne dla dzieci cudzoziemców uruchomione w siedmiu wrocławskich szkołach, wersja ukraińska strony internetowej miasta Wrocławia, trzy kina emitujące filmy z ukraińskim dubbingiem, dostęp do książek w języku ukraińskim w 40 oddziałach miejskiej biblioteki, audycje w lokalnej stacji radiowej czy instrukcje obsługi automatów do sprzedaży biletów komunikacji miejskiej w języku ukraińskim.

W roku 2019 do głosowania nad zadaniami w budżecie obywatelskim miasta Wrocławia dopuszczono także mieszkańców niebędących obywatelami polskimi. Wrocław, do którego po drugiej wojnie światowej wysiedlono wielu mieszkańców Lwowa, mógłby być dobrym przykładem dla lwowskiego magistratu, ponieważ Polacy mieszkający od wieków we Lwowie do tej pory nie mogą liczyć na taką samą przychylność władz tego miasta.

Tam dom, gdzie rodzina

Wybuch wojny w Donbasie tylko w części był przyczyną fali emigracji z Ukrainy po roku 2014. Trudność w oszacowania liczby faktycznie przybyłych do Polski obywateli Ukrainy wynika między innymi z wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego z tym państwem w czerwcu 2017 roku oraz ułatwienia w uzyskaniu zezwolenia na pracę w Polsce dla obywateli krajów spoza UE.

Napływ młodych ludzi do szkół w Polsce to przekroczenie Rubikonu Unii Europejskiej – polska matura otwiera drogę do uczelni w UE, dyplom polskich szkół wyższych pozwala zdobyć uprawnienia do wykonywania lepiej płatnych zawodów w krajach Wspólnoty. W roku akademickim 2017/2018 na 72,7 tys. studentów zagranicznych w Polsce ponad połowę (37,8 tys.) stanowili studenci z Ukrainy. Studenci z tego kraju chcą uczyć się w Polsce ze względu na bliskość językową oraz kulturową, przystępne ceny nauki i koszty życia oraz brak korupcji przy zdawaniu egzaminów na uczelniach.

„Wizytówka” przeciętnego imigranta z Ukrainy ukazuje osobę w wieku lat 26–35 (32 procent imigrantów), z niedokończoną lub ukończoną edukacją na poziomie uczelni wyższej, przybyłą z zachodniej (33 procent) albo centralnej (31 procent) części Ukrainy. Według „Ukrinformu” 60 procent przybyłych stanowią mężczyźni, 40 procent – kobiety; 60 procent przyjeżdża do Polski z ukraińskich miast, 40 procent – z wiosek.

Młodzi ludzie coraz chętniej tworzą mieszane małżeństwa. O ile w roku 2012 zawarto około 500 związków polsko-ukraińskich, to w roku 2017 ich liczba przekroczyła 1100, przy czym znacznie częściej to Polacy brali Ukrainki za żony.

Szybko rośnie również liczba nieruchomości kupowanych przez sąsiadów zza wschodniej granicy. Jak podaje portal „Konkurent.in.ua”, w roku 2018 Ukraińcy kupili przynajmniej 2,4 tys. mieszkań w Polsce. Zamieszkałe w Polsce Ukrainki w roku 2015 urodziły 1,5 tys. dzieci, a w roku 2017 już 5,1 tys. Coraz więcej młodych i nie tylko młodych obywateli Ukrainy widzi swoją przyszłość w Polsce. Jeden z ukraińskich właścicieli agencji pracy w Polsce w wywiadzie dla lwowskiego portalu „Wysokij Zamok” ocenił, że milion Ukraińców spośród tych, którzy w Polsce pracują, już nie powróci do ojczyzny i zamieszka nad Wisłą.

Powyborcze refleksje

Związanie z Polską tak licznej grupy Ukraińców sprzyja dużemu zainteresowaniu w mediach ukraińskich wydarzeniami w Polsce i pozycją, jaką odgrywają oni w naszym kraju. Przy okazji podawania liczb imigrantów zarobkowych ukraińskie media systematycznie podkreślają znaczenie ich wkładu w polski wzrost gospodarczy. „Wołynski Nowyny” podają, że między rokiem 2018 a 2019 liczba ukraińskich pracowników na kierowniczych stanowiskach zwiększyła się o 53 procent. Ta liczba będzie z pewnością rosnąć, gdy ukraińscy absolwenci z wyżu imigracyjnego po 2014 roku zaczną opuszczać mury polskich uczelni.

Zarówno na Ukrainie, jak i w ukraińskich mediach w Polsce szeroko komentowano też wyniki wyborów, żałując, że nie wszedł do Sejmu z listy Koalicji Obywatelskiej Miron Sycz (syn Ołeksandra Sycza – członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA). Wydawane w Polsce z dotacji państwowej ukraińskie „Nasze Słowo” nazwało Sycza główną nadzieją ukraińskiej mniejszości w Polsce.

Smutek przebija też z innych mediów wymieniających pozostałych kandydatów – Ukraińców, którzy nie weszli do Sejmu RP z list Koalicji Obywatelskiej i SLD. Z radością przyjęto jednak wybór do polskiego parlamentu przyjaciół ukraińskiej mniejszości z KO. Portal „Korrespondent.net” zalicza do nich Adama Szłapkę, Tomasza Siemoniaka, Jacka Protasa, Michała Szczerbę i Pawła Kowala, a „Nasze Słowo” także Małgorzatę Gosiewską z PiS. Na drugim biegunie portal umieścił Tomasza Rzymkowskiego z PiS i posłów Konfederacji, którzy – jeszcze jako posłowie Kukiz’15 – zaproponowali kryminalizację negowania zbrodni ukraińskich nacjonalistów, których w polityce historycznej Ukrainy stawia się na piedestale. Dzisiaj głównie ta sprawa dzieli nas z sąsiadami zza Buga, coraz częściej będącymi sąsiadami zza ściany i znajomymi z podwórka.

Ukraińcy, którzy zamieszkali w Polsce, to według ukraińskich służb dyplomatycznych znacząca dwumilionowa grupa. Konsul Generalny Ukrainy w Krakowie Oleg Mandiuk podczas ubiegłorocznej debaty na krakowskim Uniwersytecie Ekonomicznym stwierdził, że Polska wydała Kartę Polaka około milionowi obywateli Ukrainy, którzy mogą dość szybko nabyć polskie obywatelstwo. Wraz z nabyciem praw obywatelskich pojawi się nowa grupa wyborców, która może stanowić „języczek u wagi” w kształtowaniu sceny politycznej w Polsce. Nie wiadomo tylko, czy nowi wyborcy będą stanowić zwartą grupę oraz czy ten elektorat rozłoży się według podziału programowego, czy może – jak w wielu krajach europejskich – będzie samodzielnie ubiegał się o wprowadzenie swoich przedstawicieli do władz krajowych i samorządowych.

Wielka niewiadoma

Zniesienie wiz dla Ukraińców wjeżdżających do państw Unii Europejskiej i nieprzestrzeganie w Polsce obowiązku meldunkowego powodują, że obecnie nie jesteśmy w stanie określić liczby ukraińskich obywateli mieszkających w Polsce. Urzędy największych miast w Polsce najczęściej odpowiadają, że w danych urzędowych ujmowane są tylko osoby zameldowane, a w wielu przypadkach włodarze największych polskich miast nie wiedzą, jakiej narodowości uczniowie – dzieci obcokrajowców – uczęszczają do szkół prowadzonych przez duże miasta.

Z tej niewiedzy wyłania się jednak pewna konsekwencja: dane szacunkowe liczby mieszkańców-obcokrajowców w dużych polskich miastach różnią sią nawet dziesięciokrotnie od danych ujmowanych w wydziałach meldunkowych. Takim przypadkiem jest Wrocław, w którym na 17 tysięcy zameldowanych obcokrajowców 9892 osoby były obywatelami Ukrainy, podczas gdy ukraiński portal „Ewropejska Prawda” ocenia liczbę Ukraińców we Wrocławiu nawet na 100 tysięcy osób (stanowiłoby to około 17 procent mieszkańców miasta).

Uczniowie przeważnie znad Dniepru

W wielu miastach zmienił się obraz szkół podstawowych i ponadpodstawowych, które – podobnie jak uczelnie wyższe – brzmią dzisiaj wieloma językami. Także tutaj, w gronie uczniów o niepolskim obywatelstwie, najwięcej jest przyjezdnych z Ukrainy. Wśród uczniów-obcokrajowców w Katowicach 82 procent stanowią dzieci i młodzież z Ukrainy; w Poznaniu stanowią oni około 80 procent obcokrajowców, w Szczecinie 90 procent, w Toruniu 75 procent, a we Wrocławiu 83 procent.

W stolicy dawnej i obecnej

W roku 2019 ukraiński konsulat w Krakowie szacował liczbę swoich obywateli na około 70 tys. osób, co stanowi około 9 procent mieszkańców podwawelskiego grodu. Dane szacunkowe mówią, że największymi ośrodkami skupiającymi imigrantów z Ukrainy są Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Gdańsk i Lublin. W stolicy Polski na 41 tys. zameldowanych obcokrajowców 14,9 tys. stanowili Ukraińcy – liczbę zamieszkałych w Warszawie sąsiadów zza Buga trudno sprecyzować, ale można przyjąć, że zaniżenie mieszkających w stosunku do zameldowanych będzie podobne jak w przypadku Wrocławia czy Krakowa.

Jan Bereza

 

Artykuł został opublikowany w 73. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Nasze akcje

Konferencja „Co się stało z polską młodzieżą?”

Młodzi ludzie przygotowujący się do wejścia w dorosłość, ale często już uczestniczący w pełni w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym, niebawem przejmą stery i wezmą na siebie odpowiedzialność za przyszłość Polski. Do jakich wartości będą się odwoływać? Kto będzie dla nich drogowskazem? Jaką przyszłość naszej Ojczyzny będą tworzyć? Na te pytania będziemy starali się znaleźć odpowiedź podczas konferencji pt. „Co się stało z polską młodzieżą?”, która odbędzie się w formule online. Początek konferencji we wtorek 8 grudnia o godzinie 18:00 na portalu PCh24.pl oraz na kanale YouTube PCh24TV.

Konferencję organizuje Stowarzyszenie „Polonia Christiana” we współpracy ze Stowarzyszeniem Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Patronaty medialne nad wydarzeniem sprawują portal PCh24.pl oraz magazyn „Polonia Christiana”. Serdecznie zapraszamy do jej obejrzenia.

Uczestnikami naszej dyskusji będą:

  • Barbara Nowak (Małopolski Kurator Oświaty), 
  • Katarzyna Wozinska (psycholog), 
  • Arkadiusz Stelmach (Wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi),
  • ksiądz Sławomir Kostrzewa (kulturoznawca i medioznawca).

Spotkanie poprowadzi red. Łukasz Karpiel – zastępca redaktora naczelnego portalu PCh24.pl.

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie…” – ten wpis kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej z 1600 roku od wieków przypominał Polakom rozsianym po całym świecie o roli, jaką dla przetrwania tożsamości narodowej odgrywa edukacja młodych ludzi i uczenie ich miłości do Ojczyzny.

Konieczność kształcenia i wychowania patriotycznego wydaje się być szczególnie ważna w czasach przełomowych dla Polski, Europy a nawet świata, z jakimi mamy niewątpliwie obecnie do czynienia.

Przemiany technologiczne determinują zmiany relacji społecznych, pseudopostępowe ideologie stają się wyznacznikami przemian prawa stanowionego, często sprzecznego z prawem naturalnym i zasadami chrześcijańskimi. Młodych ludzi coraz mniej kształtują dom i rodzina, coraz więcej mass media i portale społecznościowe. Potrzebą chwili staje się więc zmiana systemu oświaty, odpowiadająca na niebezpieczne ingerencje rewolucyjnych, lewackich środowisk, przejmujących „rząd dusz” ludzi młodych. Koniecznością jest także wzmocnienie wychowawczej roli rodziny i Kościoła.

O tych i wielu innych wyzwaniach rozmawiać będą uczestnicy wtorkowej konferencji w formule retransmisji online, na którą serdecznie Państwa zapraszamy.

Data: 8 grudnia 2020 r.
Godzina: 18:00
Miejsce: portal PCh24.pl i kanał portalu w serwisie YouTube

Linki:
PCh24.pl: pch24.pl 
PCh24TV w YouTube: youtube.com/user/PoloniaChristianaTV

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jacek Bartyzel: Zemsta polityczno-religijna

W celu uzasadnienia ekshumacji generała Franco strona lewicowa posługiwała się całym zestawem oczywistych kłamstw. Wywleczenie zwłok i ich, w pewien sposób, zbezczeszczenie, jest też aktem zemsty nie tylko za to, że generał wygrał, ale także zemsty w wymiarze religijnym – wyjaśnia profesor Jacek Bartyzel, historyk myśli politycznej, w rozmowie z Michałem Wałachem.

Ekshumacja gen. Francisco Franco w Hiszpanii

Ostatnio wiele mówi się o Hiszpanii, ale niezbyt często rozważa się kwestię dotyczącą genezy samej wojny domowej. Tymczasem w kraju o niezwykle głębokich tradycjach katolickich około połowa społeczeństwa – patrząc na wyniki wyborów z roku 1936 – zagłosowała na lewicę. Jak do tego doszło?

– To bardzo złożona kwestia. Rzeczywiście, Hiszpania stanowiła przez wieki jeden z bastionów katolicyzmu w Europie. Specyfikę hiszpańskiego katolicyzmu zbudowały przede wszystkim dwa procesy: rekonkwista i konkwista.

Pierwszy to stopniowe odwojowywanie ziem Półwyspu Iberyjskiego niemal w całości podbitych przez mahometańskich Maurów. Rekonkwista wytworzyła pierwszy wyraźny rys katolicyzmu hiszpańskiego: rys heroiczny.

Drugą okolicznością jest konkwista, czyli podbój Nowego Świata. Była to ofensywa nie tylko w sensie militarnym, ale także w znaczeniu podboju dla Chrystusa, czyli ewangelizacji. Hiszpanie traktowali miejscową ludność jako tych, których należy nawrócić, a nie zniszczyć. To wytworzyło drugi specyficzny rys – bardzo emocjonalny charakter hiszpańskiego katolicyzmu, niezwykłą żarliwość, co nie znaczy, że była to postawa jednostronnie fideistyczna, bo kiedy w Europie podupadła myśl scholastyczna, jedynym krajem, w którym ją twórczo rozwijano w epoce nowożytnej, pozostała Hiszpania. Katolicyzm hiszpański był więc bardzo wielostronny, harmonijnie łączący żarliwość wiary i mistykę z rozumem.

Nie przypadkiem to właśnie Hiszpania była Christianitas minor, czyli chrześcijaństwem – jako cywilizacją – mniejszym, w czasach, kiedy w Europie średniowieczna Christianitas maior już upadła. Hiszpania w wieku XVI–XVII zachowała średniowieczne wzorce i zasady.

 

Kiedy więc sytuacja zaczęła ulegać zmianie?

– W czasach „oświecenia”. W XVIII wieku Hiszpania – która wtedy podupadła politycznie i ekonomicznie – tak bardzo swoją katolickością odstawała od Europy, gdy wokół szerzyło się niedowiarstwo, deizm, ateizm i liberalizm, że zaczęła być traktowana jako „chory człowiek Europy”, jako kraj, który trzeba „zeuropeizować” i „ucywilizować”. Zaczęły się próby przebudowywania Hiszpanii. Sprzyjał temu fakt, że po wygaśnięciu hiszpańskiej linii Habsburgów w roku 1700 – nie bez perturbacji po wojnie sukcesyjnej – tron przypadł francuskiej dynastii Burbonów. A Francja właśnie wtedy stawała się rozsadnikiem nowomodnych idei.

Było to połączone z antyhiszpańską propagandą, której centrum znajdowało się w oświeceniowej Francji, w środowisku encyklopedystów oraz w krajach protestanckich, które w Nowym Świecie miały „na pieńku” z Hiszpanią. Owa „czarna legenda” skupiała się na dwóch aspektach. Pierwszy z nich to twierdzenie o rzekomym szczególnym okrucieństwie Hiszpanów w Nowym Świecie wobec ludów tubylczych przy jednoczesnym dowodzeniu rzekomego humanitaryzmu kolonizatorów protestanckich – choć w rzeczywistości było dokładnie na odwrót. Drugi aspekt to twierdzenia encyklopedystów, którzy przekonywali, że Hiszpania niczego nie wniosła do kultury, że to kraj umysłowo zapóźniony, co było całkowitą bzdurą. Jednak oba te aspekty odniosły duży sukces propagandowy, także w samej Hiszpanii.

Od tego okresu zaczęły się nieustanne próby przerabiania Hiszpanii. Najpierw było to oświecenie i absolutyzm, którego Hiszpania wcześniej nie znała, potem – w XIX wieku – liberalizm, który szerzono przy pomocy najazdu napoleońskiego. Później zaowocowało to odgórną rewolucją liberalną w 1833 roku – i odtąd rozpoczął się rozdźwięk między monarszą, ale jednak liberalną elitą władzy a tradycyjnym, katolickim społeczeństwem. Przejawem tego były trzy wojny karlistowskie. Potem nadeszły kolejne mody: socjalizm, komunizm oraz inny ważny w Hiszpanii prąd, który przybrał formę terrorystyczną: anarchizm. Anarchiści mieli na koncie więcej aktów terrorystycznych wymierzonych przede wszystkim w Kościół niż socjaliści i komuniści razem wzięci.

Należy przy tym wskazać także jeszcze jeden z rysów hiszpańskiej mentalności: Hiszpanie nie mają w swojej naturze umiarkowania. Oddaje to dziewiętnastowieczne powiedzenie, że każdy Hiszpan chodzi za księdzem – jeden ze świecą, inny z kijem. Dlatego też od XIX wieku mamy do czynienia z niepojednywalną antynomią: albo wielbić Boga, albo „zabić” Boga. Chociaż coś się w ostatnich kilkudziesięciu latach w hiszpańskiej mentalności zmieniło…

Polityczna zemsta i atak na Boga

Podczas ekshumacji generała Franco widzieliśmy poruszającą scenę, która daje do myślenia także pod względem cywilizacyjnym. Ciało hiszpańskiego dowódcy niósł jego prawnuk Ludwik Burbon – zgodnie z prawem dynastycznym – król Francji. Człowieka, który walczył z rewolucją komunistyczną, wynosi – zgodnie z decyzją władz socjalistycznych – z miejsca spoczynku prawnuk, który nie ma władzy we Francji w konsekwencji rewolucji. Czy w obliczu takich wydarzeń nie możemy stwierdzić, że „prawa strona” przespała kwestię odpowiedzi na rewolucję?

– Nie ma żadnego formalnego związku między prawami Ludwika XX do francuskiego tronu a faktem, że po kądzieli jest prawnukiem generała Franco. Natomiast to, że te sprawy łączą się w osobie tego samego człowieka, ma wagę symbolu.

Na pewno nie można ani Ludwikowi XX, ani w ogóle rodzinie, zarzucić, że przespali sprawę. Pomysł wyrzucenia szczątków generała z bazyliki w Valle de los Caídos zrodził się około dwóch lat temu. W tym czasie rodzina zrobiła wszystko, aby temu zapobiec albo przynajmniej aby przenieść te szczątki do reprezentacyjnej katedry Almudena w Madrycie i aby powtórny pogrzeb miał charakter należny głowie państwa i głównodowodzącemu sił zbrojnych, czyli charakter państwowy.

Z kolei kwestia postawy tak zwanej prawicy rodzi kłopoty, gdyż wiele zależy od tego, kogo mamy na myśli. Jeśli chodzi o tradycjonalistów, to oburzają się na ekshumację Franco, ale tradycjonaliści miłością generała nie darzą z powodu nieprzywrócenia monarchii tradycyjnej – przywrócił bowiem monarchię liberalną i uzurpatorską. Jeśli zaś chodzi o prawicę establishmentową, to ona wolałaby uciec od tematu. Natomiast trochę w sprawę zaangażował się nowy ruch na prawej stronie, czyli partia Vox, co zresztą zaprocentowało jej w ostatnich wyborach – podwoiła liczbę mandatów.

 

W chrześcijaństwie mówimy o wiecznym odpoczynku zmarłych, tymczasem w Hiszpanii doszło do przeniesienia szczątków generała Franco – czyli zaburzenia wiecznego odpoczynku – bez poważnych podstaw. Czy za działaniem rządu stała wyłącznie polityka, czy też odnajdziemy w nim jakąś myśl? Wszak marksizm można rozumieć nie tylko jako ruch ateistyczny, ale także antyteistyczny, o czym Pan Profesor pisał w „Przeglądzie Filozoficznym” w tekście Marks jako antyteistyczny i antypolityczny gnostyk.

– W celu uzasadnienia ekshumacji strona lewicowa posługiwała się całym zestawem oczywistych kłamstw. Po pierwsze, nie jest prawdą, że Valle de los Caídos to mauzoleum wybudowane dla Franco. To obiekt sakralny, który miał stanowić miejsce spoczynku poległych w wojnie domowej. Generał Franco nie dawał nigdy do zrozumienia, że chce być tam pochowany. Opowiada się też brednie o wzniesieniu obiektu niewolniczą pracą jeńców, podczas gdy Dolina Poległych została wybudowana przez zwykłe firmy budowlane.

Natomiast Marks – podobnie jak wielu innych idoli lewicy – to myśliciel na wskroś religijny, ale w sensie negatywnym, satanicznym. To był człowiek, dla którego Bóg stanowił negatywną obsesję; który pisał satanistyczne wiersze; dla którego zniszczenie wiary w Boga było problemem podstawowym. W młodości Marks powiedział: Nienawidzę wszystkich bogów. Takiego zdania nie wypowiada ktoś religijnie obojętny. Dla Marksa religia była w centrum uwagi jako obsesyjny przedmiot nienawiści.

Coś takiego widoczne jest także u hiszpańskich lewicowców różnych opcji. Zresztą każda rewolucja ma sens „bogobójczy”. Jeden z historyków rewolucji francuskiej mówi, że zabijając króla, chciano w jego osobie symbolicznie dokonać „zabójstwa” Boga, gdyż to od Niego pochodzi władza królewska.

Natomiast wywleczenie zwłok i ich, w pewien sposób, zbezczeszczenie, jest też aktem zemsty nie tylko za to, że generał wygrał, ale także zemsty w wymiarze religijnym. Jeżeli uznamy, że magia jest zjawiskiem religijnym – a jest, chociaż bardzo prymitywnym – to jest to akt magii sympatycznej; coś na wzór maga, który wbija szpilę w główkę figurki przedstawiającej swojego wroga, gdyż chce go zabić symbolicznie, a nawet realnie.

 

Łącząc temat antyreligijnej obsesji oraz Doliny Poległych, chciałbym zapytać o możliwe postępy rewolucji w Hiszpanii. Czy lewica może dążyć do usunięcia krzyża w Valle de los Caídos?

– Oby się tak nie stało – należy się o to modlić – ale zachodzi taka obawa. Oficjalnie nigdzie tego nie powiedziano, natomiast wiadomo, że w różnych dyskusjach takie postulaty się pojawiają. Chodzi o to, żeby w ogóle zdesakralizować obiekt, zamknąć bazylikę i zwalić jedną z największych konstrukcji krzyża na świecie – przy dobrej pogodzie widać go z odległości pięćdziesięciu kilometrów. Gdyby tak się stało, serca lewaków na pewno by się rozweseliły.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Artykuł został opublikowany w 72. numerze magazynu „Polonia Christiana”.