Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Grzegorz Górny: Mędrca szkiełko i oko

Blisko trzy dekady temu światowej sławy badacz prof. Robert Kurland podjął decyzję, której waga przewyższa nawet osiągnięcie z 1970 r., zapisane w historii świata pod nazwą równania Kurlanda-McGarveya. O tym, jak wybitny fizyk żydowskiego pochodzenia drogą logicznego rozumowania doszedł do wniosku, że chrześcijaństwo jest prawdziwe i przyjął chrzest w Kościele katolickim, pisze na łamach „Polonia Christiana” red. Grzegorz Górny.

Profesor Robert Kurland zyskał sławę w świecie naukowym głównie z powodu swych odkryć dokonanych podczas badań nad jądrowym rezonansem magnetycznym. Ten specjalista w dziedzinie fizyki chemicznej, zajmujący się antymaterią, mechaniką kwantową i biologią molekularną, w roku 1970, mając trzydzieści dziewięć lat, ogłosił (wspólnie z drugim uczonym) równanie, które przeszło do historii jako równanie Kurlanda-McGarveya (od nazwisk obu naukowców). Wydawać by się mogło, że będzie to najbardziej doniosłe wydarzenie w jego życiu. Znacznie ważniejsze okazało się jednak nawrócenie badacza, do którego doszło w roku 1995.

Kto przeniósł kamień?

Robert Kurland urodził się w roku 1931 w amerykańskiej rodzinie pochodzenia żydowskiego. Chociaż wśród jego przodków było kilku rabinów, dorastał jako osoba niereligijna. W wieku trzynastu lat odmówił poddania się obrzędowi bar micwy, uznając, że udział w tym judaistycznym rytuale wchodzenia w dorosłość byłby z jego strony przejawem hipokryzji. Już wówczas ponad religię przedkładał naukę. Jego pasją były astronomia i biologia. Zachwycając się przyrodą, gdzieś podświadomie uważał, że nie może być ona dziełem przypadku, lecz musi mieć swojego stwórcę.

Ożenił się z katoliczką i wziął ślub w kościele, ale trzymał się z dala od religii. W nabożeństwach uczestniczył okazjonalnie, głównie podczas uroczystości rodzinnych, takich jak na przykład chrzty. Z czasem popadł w uzależnienie, o którym nie chce publicznie opowiadać. Postanowił zerwać z nałogiem i w wieku sześćdziesięciu lat poddał się programowi dwunastu kroków, wstępując do grupy samopomocowej. Tam stanął przed zadanym mu pytaniem, czy istnieje w jego życiu jakaś Siła Wyższa, która pomogłaby mu przerwać łańcuch uzależnień. Był skłonny uwierzyć w istnienie takiego Bytu pod warunkiem, że nie stanowiłoby to gwałtu na jego rozumie.

W tym czasie przez przypadek (wówczas myślał, że to zbieg okoliczności, ale dziś uważa, iż była to interwencja Ducha Świętego) poproszono go o przeczytanie książki Kto przeniósł kamień? Franka Morisona. Autorem owej publikacji był ukrywający się pod pseudonimem brytyjski pisarz Albert Henry Ross, który postanowił obalić biblijne relacje o Zmartwychwstaniu, jednak studiując opisy zawarte w Ewangelii, uwierzył w ich prawdziwość.

Kurlanda najbardziej po lekturze zdumiał fakt, że grono niewykształconych rybaków, poborców podatkowych i kobiet zdołało osiągnąć więcej niż uczeni przedstawiciele judaizmu, sprawiając, iż w stosunkowo niedługim czasie wiara chrześcijańska rozprzestrzeniła się w całym imperium rzymskim. Tę dynamikę – jego zdaniem – dało się wytłumaczyć tylko w jeden sposób: pierwsi wyznawcy Chrystusa musieli naprawdę spotkać Zmartwychwstałego. Jedynie tak silne doświadczenie osobiste mogło ich popchnąć do podjęcia misji, łącznie z gotowością oddania własnego życia.

Droga poznania rozumowego

Kurland rozumował następująco: jeżeli ktoś uwierzy w ewangeliczną opowieść o zmartwychwstaniu Jezusa, to dlaczego nie miałby uwierzyć w inne cuda? Skoro raz dopuściliśmy możliwość zawieszenia praw natury, jak w przypadku wskrzeszenia osoby zmarłej, to dlaczego mielibyśmy przekreślać taką możliwość w innych przypadkach, na przykład Eucharystii, czyli przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa? Podczas Mszy nie dochodzi zresztą do transformacji, czyli widocznej przemiany formy, lecz do transsubstancjacji, czyli niewidzialnej przemiany istoty.

Jego proces dochodzenia do wiary – jak podkreślał uczony – opierał się na racjonalnym rozumowaniu, bez żadnych wizji, głosów czy iluminacji. Droga nawrócenia biegła poprzez logiczną dedukcję, a nie przez doświadczenia mistyczne. Pomogła mu zwłaszcza lektura tego, co na temat cudów w Lourdes napisał laureat Nagrody Nobla w zakresie medycyny, doktor Alexis Carrell, który był zarówno bezpośrednim świadkiem uzdrowienia dwudziestojednoletniej Marie Bailey, znajdującej się w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej, jak i naukowcem badającym to niewytłumaczalne z lekarskiego punktu widzenia zjawisko.

Ten sam rozumowy charakter miała refleksja Kurlanda nad własnym stanem duchowym. Były bowiem takie momenty w jego życiu, gdy czuł w swoim wnętrzu, „w sercu”, obecność czegoś boskiego, transcendentnego wobec niego, nieobjawiającego się w formie obrazu czy głosu, czegoś niezdefiniowanego i nieuchwytnego, lecz jednak realnego. Działo się to niezwykle rzadko, zazwyczaj w podniosłych momentach wywołanych między innymi przez muzykę i śpiew, na przykład chorał gregoriański. To mu uświadamiało, że są takie dziedziny życia, na które nauka nie jest w stanie dać odpowiedzi. Nawet jeśli potrafi ona pokazać za pomocą rezonansu magnetycznego, które części mózgu są aktywne, gdy modlimy się lub kontemplujemy, to nie jest w stanie w pełni zrozumieć, co robi umysł podczas modlitwy lub doświadczenia mistycznego.

Fides et ratio

Powyższe przemyślenia doprowadziły Kurlanda do decyzji, by w wieku sześćdziesięciu pięciu lat wstąpić do Kościoła katolickiego. Po nawróceniu poświęcił się studiom nad relacjami między wiarą a rozumem. Ich efektem było między innymi wydanie książki Nauka versus Kościół. Jej podtytuł Prawda nie może przeczyć prawdzie pochodzi z przemówienia Jana Pawła II do Papieskiej Akademii Nauk z roku 1996. W pracy tej autor udowadnia, że nauka i religia nie muszą być ze sobą sprzeczne, lecz obie mogą być prawdziwe i komplementarne wobec siebie, ale na różnych poziomach poznania. Mottem jego publikacji mogłyby być inne słowa papieża-Polaka, zaczerpnięte z encykliki Fides et ratio, iż wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy.

Kurland twierdzi, że nic, co wiemy o świecie na podstawie empirycznie zweryfikowanych teorii naukowych, nie koliduje z nauczaniem katolickim. Tam, gdzie wydaje się, że taki konflikt istnieje, wynika on z teorii, które nie są weryfikowalne poprzez obserwacje i które w większości przypadków nigdy nie mogą być sprawdzone. Podobnie jest z wieloma teoriami kosmologicznymi, które próbują wyjaśnić powstanie wszechświata – są one nietestowalne, należąc bardziej do dziedziny „metafizyki matematycznej” niż nauk empirycznych.

Zdaniem Kurlanda istnieje takie podejście do nauki, które przyjmuje formę wierzenia religijnego, ponieważ uzurpuje sobie prawo do odpowiedzi na wszystkie egzystencjalne pytania człowieka. Ta fałszywa doktryna nazywa się scjentyzmem i jest złudzeniem, którego ofiarą padło wielu wykształconych ludzi w XIX i XX wieku. Tymczasem – jak pokazuje badacz w swej książce – nauka ma swoje granice, za które nie może wykroczyć, a poza którymi rozpościera się obszar filozofii i teologii. Według niego poznawać rzeczy możemy za pomocą logiki, testu empirycznego lub Objawienia. Żaden z tych sposobów nie wyklucza drugiego. Jak mówi uczony: Wiara, którą wyznajemy w Jezusa Chrystusa, jest równie dobrze ugruntowana w kategoriach dowodów empirycznych i wewnętrznej wiedzy, jak wiara, którą my jako fizycy mamy w to, co nauka mówi nam o świecie.

Kurland założył też w internecie swój własny blog Reflections of a Catholic Scientist, na którym omawia najważniejsze kwestie pojawiające się w związku z rzekomym konfliktem między nauką a wiarą, jak na przykład stworzenie świata z niczego (creatio ex nihilo), teoria ewolucji, istnienie duszy czy możliwość cudu. W swej pracy nie ukrywa, iż nie jest oryginalny w twierdzeniu, że nie ma wojny między wiedzą naukową a doktryną Kościoła. Podobnie uważali inni uczeni, których dorobek stanowi dla niego inspirację, jak na przykład francuski fizyk Pierre Duhem (1861–1916), amerykański kosmolog węgierskiego pochodzenia, a zarazem mnich benedyktyński Stanley L. Jaki (1924–2009) czy amerykański biolog Austin L. Hughes (1949–2015).

Cud sam w sobie

Dziś fenomen cudów nie nastręcza Kurlandowi jako człowiekowi nauki większych problemów. Ów brak trudności wynika z uświadomienia sobie faktu, że prawa natury nie są prawami nakazowymi, ale opisowymi próbami przedstawienia „matematycznego obrazu” naszego świata. Jest to powód – jak wyjaśnia – dla którego czasami teorie opracowane na podstawie wyników matematycznych, opisanych odpowiednio za pomocą pewnych praw, okazują się następnie fałszywe lub niewystarczające. Dzieje się tak wtedy, gdy zarówno wyniki matematyczne, jak i prawa je opisujące, nadal zachowują swą ważność, ale tylko w określonej sferze, podczas gdy tracą ją w innej. Tak jest na przykład w przypadku przejścia między mechaniką klasyczną a mechaniką kwantową lub między fizyką nierelatywistyczną a fizyką relatywistyczną.

Trzymając się tego paradygmatu, analogicznie można opisać zjawisko cudu. Jak pisze Kurland: Pierwszą cechą cudu jest to, że jest on związany z wiarą w Boga. Jest to akt lub znak pochodzący od Boga. (…) Bóg nie może sprawić, że dwa plus dwa będzie równać się pięć. Może jednak zagiąć przestrzeń tak, że suma kątów wewnętrznych trójkąta nie będzie wynosiła 180. Innymi słowy: Bóg może uczynić możliwym to, co logiczne, lecz jednocześnie trudne. Nie może jednak uczynić możliwym tego, co na płaszczyźnie logicznej jest niemożliwe.

Za słynnym fizykiem Eugenem Wignerem, laureatem Nagrody Nobla z 1963 roku, Kurland powtarza, iż największym rodzajem cudu samego w sobie jest matematyka. Swym niewierzącym znajomym zadaje pytanie: jak to możliwe, że tak czysto racjonalny instrument, jakim jest matematyka, służy nam do opisu świata, który istniał długo przed zaistnieniem ludzkiego rozumu? Jak to jest możliwe, skoro ludzki rozum miał, według nich, wyłonić się zupełnie przypadkowo z tego samego świata?

 

Grzegorz Górny – reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Obecnie stały komentator tygodnika „Sieci” i portalu wpolityce.pl. Prezes Stowarzyszenia Trójmorze.

Artykuł został opublikowany w 88. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jakub Skoczylas: A co, jeśli królem zostałby szaleniec?

Śmierć brytyjskiej monarchini Elżbiety II przywróciła na anteny niektórych stacji radiowych i telewizyjnych dyskusje o sensie utrzymania bądź przywrócenia – tam, gdzie dawno już wyginął – ustroju monarchicznego. W każdej z takich dysput przeciwnicy monarchii, oprócz problemów natury dynastycznej i organizacyjnej, zawsze wskazują na pytanie, które uczyniono tytułem poniższych rozważań. Tym razem jednak z argumentem mającym obalać zasadność restytucji monarchii polemizuje monarchista Jakub Skoczylas. Zachęcamy do lektury artykułu, który ukazał się na łamach 88. numeru „Polonia Christiana”.

W historii monarchii nie brakuje przykładów, gdy władca postradał zmysły lub – co o wiele gorsze – okazał się zbrodniarzem. Któż z nas nie słyszał o zbrodniach króla Heroda czy zbrodniczym szaleństwie Iwana Groźnego. Co wnikliwsi pasjonaci historii wiedzą z pewnością o kondycji umysłowej cesarza Rudolfa II czy poczciwego, acz upośledzonego umysłowo Ferdynanda Dobrotliwego. O szaleństwie angielskiego króla Jerzego III (choć pochodzącego z nieprawowitej dynastii) nakręcono nawet bardzo popularny film.

Nie da się więc zaprzeczyć, że przypadki monarchów zbrodniczych, szalonych czy upośledzonych w historii występowały. Dla niektórych jest to często koronny argument w obronie demokracji. Kolegialny sposób sprawowania władzy, jakkolwiek bardzo daleki od doskonałości, przynajmniej ma chronić przed tym zagrożeniem. Przecież setki parlamentarzystów i dziesiątki ministrów nie mogą popaść w obłęd jednocześnie. Czy jednak kolegialność rzeczywiście chroni przed obłędem?

Jeśli mamy na myśli obłęd w sensie medycznym, to bez wątpienia chroni. Większość posłów, reprezentantów, ministrów i innych funkcjonariuszy demokratycznych państw na świecie to osoby zdrowe psychicznie. Ale czy to znaczy, że obywatele tych krajów nie muszą się obawiać szaleństwa władzy? Warto się temu przyjrzeć. O przykłady nie będzie trudno – demokracja w różnych formach jest przecież zdecydowanie dominującą formą ustrojową na świecie.

Szaleństwa demokracji

W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Szwecji przegłosowano standardy nakazujące, aby w niektórych budynkach publicznych znajdowały się osobne toalety dla „trzeciej płci”, czyli osób niebinarnych, transpłciowych i nieokreślających się. Czy to naprawdę są dyskusje godne „wysokiej izby”? Międzywojenny polski premier Felicjan Sławoj Składkowski zapłacił wizerunkowo za zajmowanie się kwestiami toaletowymi – ten rodzaj przybytku nazwano „sławojkami”. On jednak czynił to w dobrej wierze – chodziło o higienę. Współczesnych funkcjonariuszy demokratycznych państw już tak usprawiedliwić nie można.

W wielu krajach istnieje prawodawstwo, które pozwala dokonać formalnej „zmiany płci”. Również w Polsce osoby będące realnie mężczyznami mogą legalnie uzyskać dokumenty, jakoby byli kobietami (i na odwrót). Jeden taki człowiek dostał się nawet do polskiego parlamentu. Temat zaburzeń tożsamości płciowej potrafi być ogromną osobistą tragedią, jednak nawet największe życiowe nieszczęście nie może usprawiedliwić formalnego sankcjonowania kłamstwa.

Mało tego, demokratyczne organy państwowe przeczą jednej z najbardziej elementarnych prawd o człowieku? Człowiekiem bowiem można być tylko i wyłącznie jako kobieta albo jako mężczyzna. Do pojęcia tej prawdy nie potrzeba nawet podstawowego wykształcenia – rozumieją to i akceptują nawet najmniejsze dzieci. W porównaniu z takim prawodawstwem relacja (niepewna zresztą), jak to Kaligula uczynił senatorem swojego konia, wydaje się mało sensacyjna.

Nie inaczej jest w polityce zagranicznej i organizacjach międzynarodowych. Ileż to razy pomoc humanitarną dla jakiegoś ubogiego kraju uzależnia się od uznania „praw mniejszości seksualnych” albo „praw reprodukcyjnych”. Czyli pomoc w zamian za depopulację…

Wreszcie funkcjonowanie tak zwanych „małżeństw homoseksualnych” i prawne sankcjonowanie „związków jednopłciowych”. W wielu krajach związki takie mogą nawet adoptować dzieci. A tam, gdzie takie regulacje jeszcze nie obowiązują, i tak toczy się na ich temat debata parlamentarna.

Mniej może szokującym, ale nie mniej absurdalnym obszarem jest kwestia prawodawstwa jako takiego. Ilość ustaw, aktów wykonawczych do nich, umów międzynarodowych wpływających na codzienne życie, aktów prawa lokalnego i tym podobnych jest dziś tak wielka, że żadnemu człowiekowi nie starczyłoby życia, aby to przeczytać. Do tego dochodzi niespotykana kiedykolwiek wcześniej w dziejach niestałość prawa. Jak to się ma do przytaczanej tak często i z lubością przez demokratów zasady, że nieznajomość prawa szkodzi? Czy żądanie od wszystkich czegoś, czemu obiektywnie nie są w stanie sprostać, nie jest objawem szaleństwa?

Nigdy wcześniej w dziejach nie było też innych absurdów w prawie, jak choćby tego, że ofiara boi się obronić przed kryminalistą w obawie przed konsekwencjami prawnymi. Nigdy wcześniej również nie było tak rozbrojonych społeczeństw.

Co więcej, to dopiero demokracje stłamsiły wolność gospodarczą. Setki wymogów, pozwoleń i koncesji koniecznych do prowadzenia działalności gospodarczej, podatki w wysokości wcześniej nieznanej, patologia kontroli skarbowych. Nie lepiej jest w sferze wolności osobistej, gdzie demokratyczna władza pilnuje nawet tego, czy ktoś pali papierosy, czy nie wycina drzewa na własnej posesji, czy jeździ z zapiętymi pasami…

Takich obserwacji poczynić można znacznie więcej. Nasuwa się pytanie: dlaczego tak się dzieje? Jak ludzie zdrowi psychicznie mogą zbiorowo podejmować takie decyzje?

Zło gorsze od obłędu

Nasuwają się bardzo smutne wnioski. W ustroju monarchicznym osoba obłąkana na tronie zdarza się niezwykle rzadko. Co więcej, nawet jeśli się takowa zdarzy, system sam sobie w takiej sytuacji radzi – rządzić może regent, podobnie jak w przypadku władcy małoletniego.

W demokracjach szalone rządy mają o wiele mocniejsze i głębsze korzenie. Należy zwrócić uwagę, że w systemie demokratycznym nie są to odosobnione przypadki, ale niestety zjawisko powszechne. I nie wynika ono bynajmniej z nieszczęśliwego zrządzenia losu – oddalanie się od racjonalności stanowi po prostu konsekwencję upadku moralnego.

Głównym korzeniem zła trawiącego współczesne demokracje jest samo źródło ich powstania, czyli Rewolucja. Nie może (…) złe drzewo wydać dobrych owoców (Mt 7, 18). Z tego powodu współczesne demokracje wydają się skazane na postępującą degenerację ustrojową.

Zwróćmy uwagę, jak niewiele powiodło się prób naprawienia demokracji. Te zaś zdaniem niektórych udane – jak czasy Ronalda Reagana, Margaret Thatcher czy Charlesa de Gaulle’a – zazwyczaj niedługo przeżyły koniec politycznej kariery swoich protagonistów.

Królem może zostać człowiek szalony (acz zdarza się to nieczęsto). W katolickiej monarchii jednak są na szczęście mechanizmy, które bronią poddanych w takim wypadku. Rewolucyjna demokracja musi skończyć się szaleństwem – kto nas przed tym obroni?

 

Jakub Skoczylas – prawnik, monarchista, członek Rady Fundacji Ordo Iuris.

Artykuł został opublikowany w 88. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Roman Motoła: 4 czerwca 1992 – Dramat czy „ustawka”?

Pokolenie, które najpierw w prezydenturze Lecha Wałęsy, a następnie w obozie zwolenników lustracji upatrywało nadziei na powrót suwerennej Polski, patrzy na upadek rządu Jana Olszewskiego jako na moment przełomowy dla sprawy oczyszczenia naszego życia publicznego z komunistycznej agentury. Nigdy to nie nastąpiło, za co ciągle płacimy wysoką cenę – pisze w najnowszym wydaniu PCh Roman Motoła. Nasz publicysta stawia przy okazji pytanie, czy w warunkach roku 1992 naprawdę istniała na to realna szansa?

Z inicjatywy Lecha Wałęsy

4 czerwca 1992 roku odwołany został pierwszy gabinet wyłoniony przez parlament wybrany w całkowicie wolnych wyborach. Składał się on z przedstawicieli Porozumienia Centrum, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, Polskiego Stronnictwa Ludowego – Porozumienia Ludowego oraz Partii Chrześcijańskich Demokratów. Ugrupowania te dysponowały w rozdrobnionym Sejmie głosami zaledwie stu czternastu posłów. Do powołania rządu okazało się więc niezbędne poparcie ze strony Polskiego Stronnictwa Ludowego i NSZZ „Solidarność”. Półroczne zaledwie rządy ekipy Jana Olszewskiego zaznaczyły się między innymi podjęciem starań o przystąpienie Polski do NATO oraz przyspieszeniem wyjścia z terytorium naszego państwa wojsk posowieckich.

Bezpośrednim powodem upadku rządu była chęć wykonania sejmowej uchwały o ujawnieniu zajmującej publiczne stanowiska agentury Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa. Na listach dotyczących aktualnych członków najwyższych władz znalazły się między innymi nazwiska prezydenta Lecha Wałęsy, marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego, a także trzech ministrów i ośmiu wiceministrów rządu Jana Olszewskiego plus kilkunastu „szeregowych” parlamentarzystów.

Zmontowana naprędce „koalicja strachu” pod wodzą Wałęsy z udziałem między innymi Waldemara Pawlaka, Donalda Tuska i plejady „gwiazd” z Unii Demokratycznej doprowadziła do odwołania rządu w nocy z 4 na 5 czerwca. Upadła wówczas, by już nigdy skutecznie nie powrócić, idea wyeliminowania z wpływu na życie publiczne w Polsce osób sterowanych przez aparat represji PRL. Jedno z pytań, które warto sobie dzisiaj postawić, brzmi: czy ten zamiar miał kiedykolwiek szansę powodzenia? Czy środowiska, które zarówno wtedy, jak i przez wiele kolejnych lat szermowały na użytek patriotycznej części Polaków argumentami o chęci zdekomunizowania naszej polityki, samorządności i gospodarki, robiły to szczerze?

Jak zły szeląg

Perspektywa lat, jakie upłynęły od tamtych wydarzeń, pozwala nam spojrzeć na nie oczyma bogatszymi o doświadczenie trzech ostatnich dekad. W tym okresie mieli okazję rządzić naszym państwem reprezentanci obydwu ówczesnych stronnictw: prolustracyjnego i antylustracyjnego. Jedni i drudzy zgodnie uczestniczyli w przedsięwzięciu wpychania Polski w struktury Unii Europejskiej bez prawdziwej, rzetelnej debaty narodowej nad pożytkami i minusami akcesu do tej organizacji. Jedni i drudzy później przyczynili się do degradacji pozycji Polski na forum UE, akceptując traktat lizboński. Całkiem zaś niedawno zgodnym chórem – jakby na życzenie globalnej oligarchii finansowej – zafundowali Polakom dwuletni obóz sanitarny o zaostrzonym rygorze. Również w tym przypadku usilnie, z ormowskim wręcz zapałem, zwalczane były wszelkie próby kwestionowania „jedynie słusznej” drogi.

Obozy tworzące w obecnym układzie parlamentarnym tak zwaną totalną opozycję, w poprzednich kadencjach parlamentu wyprzedawały za marne grosze korporacjom zagranicznym narodowy majątek pozostały po czasach PRL. Z kolei będący u steru władzy dzisiaj zadłużają po uszy kolejne pokolenia Polaków. Drukują bez opamiętania pusty pieniądz, który następnie gestem utracjusza rozdają na prawo i lewo. Czy robią to w nadziei na doraźny zysk polityczny, czy też świadomie uczestniczą w sterowanym krachu obecnego światowego systemu finansowego? Nie będziemy musieli czekać zbyt długo, by poznać odpowiedź na to pytanie. Zafundowane nam „ciekawe czasy” charakteryzują się bowiem znacznym przyspieszeniem wskazówek na dziejowym zegarze.

Oprócz wytkniętych powyżej dokonań, niemal wszystkie siły polityczne wykazują też nadzwyczajny zapał w instalowaniu nad Wisłą na stałe kilkumilionowej imigracji wywodzącej się z kraju, w którym trwałym elementem ideologii państwowej jest sentyment do antypolskich zbrodniarzy z Wołynia i Małopolski Wschodniej. I wszelkie próby zgłaszania w tej kwestii votum separatum trafiają pod pręgierz „policji myśli”, natychmiast zapędzającej wichrzycieli do celi z napisem ruska agentura.

Z kolei winni kolejnych fundowanych nam „ścieżek zdrowia” utwierdzają się w poczuciu bezkarności, bo z przedwyborczych, szumnych zapowiedzi rozliczenia winnych nie pozostaje nic. Trwała abolicja objęła w trzeciej, trzeciej i pół, a nawet czwartej RP nie tylko dawnych komunistycznych aparatczyków i agentów, ale również aferzystów okresu tak zwanej wolnej Polski. Ciężar wszelkich arcykosztownych operacji w rodzaju „walki z pandemią” czy wystawnego przyjmowania uchodźców wojennych z Ukrainy ponoszą zwykli ludzie oraz mali i średni przedsiębiorcy. Szary Kowalski czuje się we własnej Ojczyźnie coraz częściej mieszkańcem drugiej czy innej, lecz na pewno nie pierwszej kategorii.

Nowa Jałta

Polityczne dzieje Polski po transformacji ustrojowej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych czynią bardzo prawdopodobną hipotezę, że kontrolowany upadek komunizmu stanowił efekt czegoś w rodzaju nowej Jałty, której jednym z założeń było niedopuszczenie do odrodzenia się naprawdę suwerennego, zasobnego we własny przemysł i liczną ludność państwa w środku Europy. Czy nie dlatego z taką determinacją instytucje Unii Europejskiej bronią postkomunistycznego sądownictwa w Polsce przed – realnymi czy pozorowanymi tylko – próbami uzdrowienia tej kluczowej sfery władzy? Czy nie z tego powodu wyszukiwanie kolejnych pretekstów do finansowego czy politycznego „przeczołgiwania” naszego państwa na unijnym forum wydaje się jedną z głównych trosk eurokratów?

Rząd Jana Olszewskiego ukazywany w najnowszej historiografii jako niezłomnie antykomunistyczny, tak jak i wszystkie pozostałe, tworzony był przez środowiska uczestniczące w zmowie Okrągłego Stołu, reżyserowanej przez selekcjonera Czesława Kiszczaka. Ten powołał wówczas do narodowej pseudoreprezentacji jedynie „konstruktywną” opozycję, czyli taką, która realnie nie mogła zaszkodzić peerelowskim aparatczykom. Gdy głębiej sięgniemy do genezy i krótkich dziejów gabinetu nieżyjącego już dziś mecenasa, przypomnimy sobie, że zabiegał on o udział w rządowej koalicji między innymi pełnej dawnych pezetpeerowców Unii Demokratycznej czy Kongresu Liberalno-Demokratycznego Donalda Tuska. Czy całe to środowisko miało chęć i możliwości, by wykorzenić komunizm naprawdę, a nie jedynie w szumnych deklaracjach?

Coraz częściej przekonujemy się też, że serwowane nam w środkach musowego przekazu opowieści o naszej rzeczywistości bywają kreacją, przedstawieniem, i to nieraz w sprawach bardzo istotnych. Czy 4 czerwca 1992 roku także mieliśmy do czynienia ze spektaklem, jak zwykle skomponowanym z wielką dbałością o stan narodowych nastrojów? Być może nie, ale oglądaliśmy takich „ustawek” już zbyt dużo i na o wiele większą skalę, by z miejsca odrzucić taką hipotezę. Zwłaszcza gdy przyłożymy do tamtych wydarzeń oraz wszystkiego, co nastąpiło później niezawodne kryterium zawierające się w słowach: Po owocach ich poznacie.

Ale i tak dla wielu z Polaków, którzy wówczas srodze zawiedli się na Lechu Wałęsie i innych „legendach opozycji”, data 4 czerwca 1992 roku pozostanie ważnym momentem formującym czy umacniającym niezłomną, bezkompromisową postawę wobec komunizmu i jego kolejnych zmutowanych odmian…

 

Roman Motoła

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jerzy Wolak: Bicz Boży?

Dziwna ta wojna. Zwłaszcza z polskiej perspektywy, nieprawdaż? Bo oto trwa w najlepsze pełnoskalowy konflikt zbrojny z Rosją w roli głównej, a my nie gramy w tym meczu, tylko go sobie z daleka oglądamy, sącząc kawę. Rzecz niebywała od bez mała trzystu lat – pisze w Edytorialu do 86. numeru „Polonia Christiana” redaktor naczelny pisma Jerzy Wolak.

Na naszych oczach w proch sypie się mit potężnej i niezwyciężonej Rosji. Ruscy dostają ciężkie baty – i to od kogo? Nie od podobnego sobie mocarstwa, ale od państwa, które jeszcze niedawno mało kto traktował poważnie. Jednakowoż nie nadymajmy się zanadto, bo gdyby to nas napadnięto, czy zdołalibyśmy się tak skutecznie bronić? I czy świat zachodni zdobyłby się dla nas na choćby tyle, co czyni dla Ukrainy?

Za to Polacy zareagowali prawdziwą erupcją chrześcijańskiej miłości bliźniego. Bo z niczego innego wzięła się tak ochocza postawa pomocy – realizowana nie słowem, lecz konkretnym czynem – jak właśnie z katolickiego (jeszcze) wychowania wielu z nas: nawet tych, co się od Kościoła ostro odcinają. Jeszcze z nich do końca nie wyparował duch miłosierdzia i ofiary. Choćby zupełnie nieświadomie, ale jednak faktycznie wciąż mają głęboko wpojone w swój system wartości biblijne zasady. Jak choćby tę: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go! (Rz 12, 19–20).

Zdumiewające, ilu Polaków okazało się patriotami… ukraińskimi. Ludzie, którzy nigdy w życiu z żadnej okazji nie wywiesiliby biało-czerwonej flagi, dziś powiewają żółto-niebieską, jakby im za to dobrze płacono (i to nie w hrywnach). Jednocześnie mamy nie słuchać rosyjskiej muzyki, nie czytać rosyjskiej literatury, pewnie też i na rosyjskie obrazy nie patrzeć. Spalić dorobek Czajkowskiego, Rachmaninowa, Rimskiego-Korsakowa, Strawińskiego, Czechowa, Dostojewskiego, Tołstoja, Strugackich, Wołkowa, Ajwazowskiego, Kramskiego, Szyszkina, Wierieszczagina. Czyli to, co w całej moskiewskiej historii najlepsze (bo zaczerpnięte ze zdrowej tradycji Zachodu). Przekraczamy granicę absurdu.

Na niejednym katolickim ołtarzu widnieje dziś i z niejednego krzyża u Bożego Grobu spływa ukraińska flaga. Przekraczamy granice bluźnierstwa?

Po pierwszych strzałach tej wojny nic już nie będzie takie jak przedtem – banał, że aż cierpną zęby. A jednak – jak to zazwyczaj z banałami bywa – święta prawda. Wystarczy tylko spojrzeć na tę wojnę z szerszej perspektywy cywilizacyjnej, by zauważyć, że to nie koniec świata, lecz szansa.

Putin przekłuł bańkę wypełnioną sztucznym miodem, w której świat zachodni – głuchy, ślepy i bezmyślny – żyje od zakończenia drugiej wojny światowej. Do beztroskiego w swej zasobności, sytości i gnuśności Zachodu brutalnie dotarła rzeczywistość grzechu. W jedynej formie, jaką jest on jeszcze w stanie pojąć – zbrojnej agresji, gwałtu, śmierci od bomby. A przecież grzech wołający o pomstę do Nieba towarzyszy współczesnemu Zachodowi na każdym kroku od z górą półwiecza, ba, wyznacza trendy w polityce, sztuce i stylu życia. Ale tam nie nazywa się go już złem, lecz nowoczesnością.

Czyż więc nie są to wymarzone okoliczności dla uświadomienia sobie, że dziecko rozrywane na kawałki w matczynym łonie na wygodnym fotelu w schludnej, eleganckiej klinice aborcyjnej czuje wcale nie mniejszy strach i ból niż dziecko kulące się w ruinach pod ogniem rakiet? A ludobójstwo wcale nie musi się dokonywać za pomocą broni masowego rażenia, ale na mocy demokratycznie podjętych uchwał międzynarodowych gremiów.

Zachód dąsa się dziś na Putina nie dlatego, że dokonuje on ludobójstwa, tylko dlatego, że się brzydko zachował – jak niesforny Wowka, który puścił bąka na imieninach u cioci. Pokazał w ostrzejszym ujęciu to, co na Zachodzie ukrywa się pod nazwą liberalnej demokracji.

Sporo się ostatnio mówi o nowej Norymberdze. Zapewne słusznie, choć wiele wskazuje, iż podobnie jak w procesie sprzed siedmiu dekad teraz również zbrodniarzy sądzić będą inni zbrodniarze.

 

Jerzy Wolak

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Piotr Boroń: atak na pomnik ks. Piotra Skargi to polityka przeciwko prawdzie

W królewskim mieście Krakowie środowiska, którym solą w oku tkwią katolickie tradycje naszej Ojczyzny, usilnie pragną usunąć pomnik księdza Piotra Skargi z miejsca, na którym legalnie stoi on od ponad dwudziestu lat, by go przenieść w mało widoczne miejsce w podwórzu uniwersyteckiego Collegium Broscianum, gdzie praktycznie zniknie z krakowskiego pejzażu. Ciekawe, że zwalczanie najpierw działalności, a potem pamięci naszego wybitnego jezuity układa się nie tylko w logiczny ciąg, ale chwilami przybiera wręcz formy symboliczne – pisze Piotr Boroń na łamach 86. numeru „Polonia Christiana”.

Oto dziś swoistej pikanterii dodaje sprawie drobny szczegół, łatwo mogący ujść uwadze, a mianowicie fakt, iż rzekomo lepszą lokalizacją pomnika księdza Skargi miałoby być sąsiedztwo kolegium nazwanego pół wieku temu (w rozkwicie PRL-u) imieniem profesora Akademii Krakowskiej Jana Brożka – zawziętego przeciwnika jezuitów (i samego Skargi). Ci sami, którzy głośno wołają: Wybierzmy przyszłość!, urażeni w swojej przeszłości, z uporem rannego nosorożca mściwie prą do celu, którego korzenie sięgają końca XVI wieku.

Wieczorem 9 grudnia 1587 roku w blasku pochodni wjeżdżał do Krakowa na koronację Zygmunt III Waza. Jako pierwsza w królewskim mieście witała potomka fundatorów Akademii społeczność uniwersytecka; dalej na szlaku królewskim nad głowami wiwatujących tłumów wisiały portrety monarchów, girlandy i wzniosłe sentencje, piętrzyły się bramy triumfalne, jednak największe wrażenie wywarła na Zygmuncie przemowa wygłoszona przed kościołem Mariackim przez jezuitę z pobliskiego domu zakonnego przy kościele Świętej Barbary.

Był to Piotr Skarga – wybitny kaznodzieja, znany krakowianom jako absolwent tutejszej Akademii, który podczas pobytu w Rzymie w roku 1569, spotkawszy świętego Ignacego Loyolę, przystąpił do jezuitów, a po powrocie do Rzeczypospolitej porywał swoją gorliwością do szczytnych działań. W samym tylko Krakowie założył on kilka instytucji, które ratowały ubogą ludność przed lichwą szesnastowiecznych banksterów. We Lwowie był kanclerzem kapituły katedralnej, w Wilnie pierwszym rektorem Uniwersytetu, do którego założenia walnie się przyczynił, ponadto w wielu miastach (jak Połock, Ryga, Dorpat) zakładał znakomite szkoły jezuickie. Pod wrażeniem powitania Zygmunt III Waza mianował księdza Skargę nadwornym kaznodzieją (funkcję tę będzie pracowicie pełnił do śmierci w roku 1612).

Szkoła dobra i potrzebna

Krakowska siedziba jezuitów przy kościele Świętej Barbary nie dawała szans szerokiej działalności, dlatego ich główną troską stało się nabycie w mieście nieruchomości pod budowę własnego kościoła oraz kolegium dla studentów. Motorem tych przedsięwzięć był – jakże by inaczej – ksiądz Piotr Skarga.

Życzliwy jezuitom król 17 października 1595 roku zobowiązał się do wsparcia budowy domu profesów przy Trakcie Grodzkim na terenie parafii Wszystkich Świętych, nieopodal klasztoru klarysek, od których odkupiono część ogrodu; ponadto za dużą kwotę dwunastu tysięcy złotych nabyto od senatora Joachima Ocieskiego dwór na sporej działce. Z czasem wystarano się także o przesunięcie murów miejskich, by planowana świątynia mogła być większa. Przez to stanęła ona częściowo na miękkim gruncie dawnej fosy, co w późniejszych czasach powodowało jej pęknięcia.

Zmieniali się architekci i budowniczowie, ale ostateczny efekt w chwili konsekracji 8 lipca 1635 roku był oszałamiający. Krakowski zakątek stał się jakby cząstką Rzymu, bo kopuła świątyni przypominała tę z Bazyliki Świętego Piotra, a fasada wzorowana na rzymskim pierwowzorze sakralnego baroku, czyli kościele Il Gesù, czyniła z grodu Kraka – choć utracił on stołeczność – wzór nowoczesności w architekturze. Do dziś turystów zadziwia efekt wejścia w mury kościoła, bo w środku wydaje się ogromny, choć z zewnątrz „tylko” duży. Gdy jego ogrodzenie ozdobiły figury dwunastu Apostołów, efekt ten przekuto na przekorny żart, że to najmniejszy ze wszystkich kościołów, bo nie może pomieścić nawet dwunastu…

Wzruszający dar niezłomnego

Przy świątyni powoli rozrastało się kolegium – powoli, gdyż prace wstrzymywał brak środków finansowych. O przyspieszeniu budowy zdecydował niesamowity dar Wojciecha Męcińskiego z Osmolic, młodego magnata spod Lublina, który na wzór ewangeliczny porzucił wszystko, by w roku 1619 wstąpić do jezuitów na wieść, że potrzeba nowych misjonarzy, którzy licznie giną mordowani w Azji.

W rodzinie, w której dopiero jego ojciec powrócił do katolicyzmu (ponoć jako wotum za narodziny właśnie syna Wojciecha) powołanie do kapłaństwa nie było mile widziane, a oddanie Kościołowi całego majątku (siedemnastu wsi!) spotkało się z próbą ogłoszenia młodego człowieka niepoczytalnym. Ten jednak wróciwszy specjalnie ze studiów w Portugalii, udowodnił pełnię władz umysłowych i potwierdził swą darowiznę.

Przy okazji warto wspomnieć kilkoma słowy tego nieprzeciętnego jezuitę, który stwierdziwszy – jak pisał w liście do siostry – żeśmy nie są stworzeni od Pana Boga na to, ażeby tu zażywać świata tego i nie myśleć ni o czem, jeno o dobrym mieniu, ale mamy inszą Ojczyznę, na którą powinniśmy zarabiać i w której na wieki żyć mamy, wyruszył do Indii, po czym dotarł do Indochin, wszędzie posługując i chrystianizując, bez względu na trudności i szykany (szczególnie zabolało go wyrzucenie do morza przez protestanckich Holendrów relikwii świętego Franciszka Ksawerego).

Udało mu się wreszcie dotrzeć do Japonii, tam jednak został schwytany i przez ponad dziewięć miesięcy poddawany wymyślnym torturom, a ostatecznie zabity poprzez powieszenie za nogi nad dołem kloacznym z naciętą na szyi skórą, by krew nie napływała mu zbyt szybko do mózgu.

Wbrew hollywoodzkim insynuacjom (vide: głośny film Martina Scorsese Milczenie z roku 2016) niezłomny w wierności nie wyrzekł się Chrystusa.

Sól w oku Akademii

Wróćmy jednak do Krakowa, gdzie piękne hasła o tolerancji, pluralizmie i nieskrępowanym dążeniu do wiedzy głoszone przez środowisko uniwersyteckie musiały ustąpić przed obawami profesorów Akademii Krakowskiej o utratę monopolu na kształcenie w Krakowie. Ci bowiem, gdy tylko się dowiedzieli, że jezuici chcą założyć w Krakowie kolegium, dołożyli wszelkich starań, aby żacy nie mogli się uczyć w innym miejscu niż ich uczelnia. Nie zgadzali się nawet na propozycje współpracy w ramach Akademii. Pisali protesty na sejmiki szlacheckie, do króla, do nuncjusza papieskiego, do generała jezuitów, a wreszcie do Roty Rzymskiej (najwyższego trybunału papieskiego). W latach 1626–1630 zapadło sześć wyroków Roty Rzymskiej korzystnych dla jezuitów. Wreszcie Rota zagroziła Akademii Krakowskiej ekskomuniką, jeżeli nie zaprzestanie nękania kolegium przy kościele Świętych Piotra i Pawła.

Tymczasem ze strony Akademii mnożyły się napaści fizyczne na studentów kolegium (były pobicia, a prawdopodobnie i zabicia), wybijano im szyby w oknach i urządzano „kocią muzykę” podczas dysput toczonych w kolegium. Jeden z profesorów wydał nawet anonimowo w roku 1625 antyjezuicki pamflet satyryczny zatytułowany Gratis. Później okazało się, że jego autorem był Jan Brożek.

Następca Zygmunta III Wazy uległ naciskom Akademii i zwrócił się do papieża o anulowanie dekretów Roty Rzymskiej i ograniczenie działalności kolegium do kształcenia samych jezuitów. Akademia udaremniła też próby rozbudowy kolegium ze środków ofiarowanych przez biskupa krakowskiego Andrzeja Trzebickiego w roku 1679. Poziom naukowy Akademii Krakowskiej upadał, ale ocaliła swój monopol – widać w tym logiczny związek.

W roku 1719 jezuickie kolegium spłonęło w dziwnych okolicznościach, jednak znacznym nakładem środków udało się je odbudować.

Pół wieku później kasata zakonu spowodowała przejęcie jego dóbr przez Komisję Edukacji Narodowej, która długo nie mogła podjąć decyzji, co zrobić z kolegium przy ulicy Grodzkiej, a potem zaczęła burzyć kolejne jego zabudowania. Resztę kolegium przejął zakon cystersów, a później wojsko austriackie urządziło sobie w nim magazyny, koszary i szpital. Własność przechodziła z rąk do rąk, stopniowo się degradując. Rzeczpospolita Krakowska zainstalowała tu swą senacką władzę, a później mieściły się tu sądy austriackie, polskie i niemieckie.

Gdy w gierkowskim okresie PRL dawne kolegium jezuickie przejął Uniwersytet Jagielloński, nadano mu imię Jana Brożka, czyli owego pamflecisty sprzed trzech i pół wieku. Nazwa Collegium Broscianum zabrzmiała więc na urągowisko wydziedziczonym jezuitom, co więcej, w jego murach zamiast teologii zagościło religioznawstwo.

Z nadzieją w przyszłość

Pamięć o Piotrze Skardze zawsze szła dwutorowo. Władze PRL nie darzyły go sympatią, naukowcy doceniani przez media rządowe wypowiadali się o nim krytycznie, a profesor Janusz Tazbir (przewodniczący Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów) podtrzymywał bezźródłową hipotezę, że uległ on śmierci klinicznej i obudziwszy się w trumnie, mógł złorzeczyć Bogu. Długo było to istotną przeszkodą dla rozpoczęcia jego procesu beatyfikacyjnego.

Ale oto w III RP profesor Tazbir wycofał się z domniemań, a za nim zamilkli inni historycy głoszący podobne hipotezy. Równocześnie zaś spontanicznie, nieprzerwanie i tłumnie kryptę księdza Piotra Skargi odwiedzała polska młodzież, zostawiając tu tysiące tarcz szkolnych i listów z prośbą o modlitewne wstawiennictwo u Boga. Wielu modliło się przy jego trumnie.

Wracajmy dziś pod jego pomnik na plac Świętej Marii Magdaleny i do kościoła, gdzie spoczywają jego relikwie, by oczekując wyniesienia go na ołtarze, modlić się ułożonymi przezeń mądrymi słowami: Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej

Zróbmy wszystko, co w naszej mocy, aby Piotr Skarga dalej nieprzerwanie patrzył ze swego krakowskiego pomnika na placu Świętej Marii Magdaleny na dwa ze swoich dzieł: kościół Świętych Piotra i Pawła oraz założone przez siebie kolegium, któremu przewrotnie nadano imię jego zawziętego przeciwnika.

 

Piotr Boroń – historyk, pedagog i publicysta, założyciel i redaktor „Tygodnika Salwatorskiego”, senator Rzeczypospolitej VI kadencji.

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Grzegorz Górny: nawrócenie jawnogrzesznicy

Oto historia prawdziwego i głębokiego nawrócenia. Grzegorz Górny opisuje, w jaki sposób drogę od pornopółświatka do Miłości Przedwiecznej przebyła włoska gwiazda filmów erotycznych. To właśnie Claudia Koll w czasie pontyfikatu św. Jana Pawła II powróciła do Boga.

Kim jest Claudia Koll?

W roku 1991 Claudia Koll otrzymała propozycję od Tinto Brassa. Ten włoski reżyser miał już za sobą współpracę z takimi sławami kina, jak Jean-Louis Trintignant, Vanessa Redgrave, Helen Mirren, Peter O’Toole, John Gielgud czy Malcolm McDowell, a światową sławę zdobył dzięki filmowi Kaligula, w którym nie brakowało wulgarnych scen erotycznych, a nawet pornograficznych. W tamtym czasie poszukiwał on obsady aktorskiej do komedii Cosi fan tutte, będącej luźną adaptacją opery Mozarta pod tym samym tytułem.

Libretto do utworu napisał żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku ksiądz Lorenzo Da Ponte – katolicki kapłan słynący z rozwiązłego trybu życia, posiadający liczne kochanki i nieślubne dzieci, a nawet przez pewien czas mieszkający w burdelu. Dał się też poznać jako obieżyświat zmuszany do zmieniania kolejnych miejsc pobytu i wędrujący od kraju do kraju. Najlepszym okresem w jego życiu były lata spędzone w Wiedniu, gdzie został nadwornym poetą cesarza Józefa II. Właśnie wtedy napisał swe najsłynniejsze dzieła – libretta do trzech oper Mozarta: Wesele Figara, Don Giovanni i Cosi fan tutte.

Na podstawie ostatniego z tych utworów Tinto Brass postanowił nakręcić komedię erotyczną o szczęśliwym związku małżeńskim, w którym jednak żonie nie wystarcza pożycie seksualne z mężem, dlatego decyduje się na intymne przygody z innymi mężczyznami. Główną rolę wspomnianej małżonki o imieniu Diana reżyser powierzył właśnie Claudii Koll.

Naprawdę nazywała się Claudia Maria Rosaria Colacione. Miała wówczas dwadzieścia siedem lat, a za sobą kilka mało znaczących, epizodycznych ról filmowych i telewizyjnych. Aktorka się zgodziła. Ostre sceny erotyczne sprawiły, że stała się we Włoszech symbolem seksu. Dwukrotnie pozowała nago na okładce „Playboya”. Brała udział w coraz bardziej obscenicznych produkcjach, godząc się grać kobiety, którym łatwo przychodzi zdejmowanie ubrania. W roku 1995 razem z Pippo Baudo i Anną Falchi poprowadziła festiwal piosenki włoskiej w San Remo.

A w środku pustka

Claudia Koll stała się jedną z najlepiej opłacanych aktorek na Półwyspie Apenińskim, a jednak nie była szczęśliwa. Odczuwała w swym wnętrzu pustkę, której nie potrafiły wypełnić ani pieniądze, ani sława, ani związki z mężczyznami. Czuła, że jej życie nie ma sensu. Nocami po skończonej pracy na planie włóczyła się po parkach, szukając czegoś, co odmieni jej egzystencję.

Na początku próbowała zaspokoić duchowy głód dalekowschodnimi praktykami religijnymi. Pewnego wieczoru podczas buddyjskiej medytacji poczuła nagle, jakby w jej wnętrzu znajdowała się jakaś obca istota. Czuła się fizycznie zaatakowana, jakby ktoś nieznajomy wszedł do jej ciała. Jednocześnie odczuwała, że ten niewidzialny byt zionie do niej nienawiścią i pragnie jej śmierci. Nie mogła się jednak od niego uwolnić. Wtedy przypomniała sobie film Ezgorcysta, który oglądała jako młoda dziewczyna. Zapamiętała scenę, w której ksiądz, trzymając w dłoni krucyfiks, wypędzał demona z opętanej nastolatki. Chwyciła w ręce krzyż, który dostała kilka dni wcześniej od przyjaciela, przytuliła go do serca i zaczęła odmawiać Ojcze nasz. W jednej chwili niewidzialna opresja minęła, a w jej miejsce przyszedł błogi spokój. Wówczas po raz pierwszy w swoim życiu realnie doświadczyła, że Bóg istnieje i właśnie przyszedł jej z pomocą.

Wróciła pamięcią do dzieciństwa, gdy miała osiem lat i oglądała wraz z babcią film o objawieniach w Fatimie. Właściwie to ona oglądała, ponieważ babcia była niewidoma, więc wnuczka opowiadała jej, co działo się na ekranie. Była wówczas pod wrażeniem postawy małej Hiacynty – najmłodszej z trojga portugalskich pastuszków. Miała tyle samo lat co ona i niesłychanie mocno przeżyła fakt, że Matka Boża zechciała powierzyć bardzo odpowiedzialne zadanie tak małej dziewczynce. Modliła się do Maryi, by zabrała ją do Nieba, tak jak Hiacyntę. Prośby o rychłą śmierć nie zostały jednak wysłuchane.

Już wtedy rodziła się w niej fascynacja kinem i zawodem aktorskim. Matka i ojciec, którzy byli lekarzami, stanowczo sprzeciwiali się takim pomysłom. Pragnęli, by ich córka, podobnie jak oni, została doktorem. Posłuszna im rozpoczęła studia medyczne, jednak w tajemnicy zapisała się na kurs teatralny. Kiedy sprawa wyszła na jaw, w domu wybuchła awantura. Rodzice nie godzili się, by Claudia została aktorką. Postanowiła więc uciec z domu. Rozpoczęła samodzielne życie, zarabiając jako modelka lub występując w reklamach. Przełom w jej karierze nastąpił, gdy przyjąwszy ofertę Tinto Brassa, zagrała w Cosi fan tutte. Przygoda z kinem erotycznym wkrótce jednak zaprowadziła ją na skraj przepaści.

Dziecko Wielkiego Jubileuszu

Po Modlitwie Pańskiej, odmówionej po raz pierwszy od wielu lat, zdecydowała się zmienić swoje życie. Zaczęła odmawiać grania w filmach, w których musiałaby występować bez ubrania. Przez dwa lata pozostawała bez pracy, jednak była zdeterminowana wytrwać w swym postanowieniu.

Przełom w jej życiu nastąpił w roku 2000, gdy Jan Paweł II ogłosił Wielki Jubileusz. Po raz pierwszy przeszła wówczas przez Drzwi Święte Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie. Wchodziła tam z pragnieniem przemiany życia. Podszedł wówczas do niej nieznajomy ksiądz i zapytał, czego oczekuje od Boga. Odpowiedziała, że niczego, ponieważ jest grzesznicą. Wtedy on uczynił znak krzyża na jej czole, a ona poczuła w sobie obecność Bożą. Nogi ugięły się pod nią, padła na kolana i zaczęła płakać.

W roku jubileuszowym doszło do kolejnego wydarzenia, które wywarło na nią wielki wpływ. Jak sama opowiadała: Jednym ze spotkań, które najbardziej mnie naznaczyły, jest spotkanie z papieżem Wojtyłą: spotkałam go na początku mojego nawrócenia. Było to 1 października 2000 roku. Moje życie zmieniło się na zawsze. Jego spojrzenie przeszło przeze mnie. Gdy na mnie spojrzał, upadłam na kolana. Znalazłam się u jego stóp

Od tamtej pory postanowiła angażować się tylko w kino z chrześcijańskim przesłaniem. Zagrała między innymi w filmach poświęconych życiu świętego Piotra, świętego Franciszka z Asyżu, świętej Marii Goretti, świętej Joanny Antidy Thouret czy świętego Józefa Benedykta Cottolengo. Raz zdecydowała się wystąpić w produkcji niemającej charakteru religijnego. Jak sama później wspominała: Pewnego dnia podpisałam kontrakt, który zapewnił mi dużo pieniędzy. Rola nie była zła, jednak nie był to film, na który powinnam się zgodzić, ponieważ na planie ponownie musiałam się spotkać z ludźmi, których, jak obiecałem Panu, nigdy więcej nie spotkam. Gdy tylko podpisałam tę umowę, poczułam, że była to pomyłka. Z powodu swojej słabości nie potrafiłam jednak odmówić. Kiedy dostałam pierwsze pieniądze za ten film, rozdałam je ubogim w kościele. Czułam, że te pieniądze mi się nie należą, że są to pieniądze za zdradę.

Życie to nie gra

Aktorka czuła, że Bóg wzywa ją do czegoś innego niż tylko gra w filmie. Odrzuciła rolę świętej Faustyny Kowalskiej, choć była zafascynowana polską mistyczką. Dotarło do niej bowiem, że powinna głosić Boże Miłosierdzie swoim własnym życiem, a nie opowiadać o nim na ekranie. Po raz pierwszy zrozumiała to w trakcie podróży do Etiopii, gdy ujrzała chore i niedożywione dzieci na skraju śmierci głodowej. Wspominała potem: Pamiętam chłopca, który miał zamknięte oczy. Były zalepione brudem, wdał się stan zapalny, bo dramatycznie brakowało tam wody. Przemyłam mu je wilgotną chusteczką. A gdy on otworzył oczy, Bóg otworzył moje.

W roku 2005 założyła stowarzyszenie Le Opere del Padre (Dzieła Ojca), zajmujące się działalnością misyjną i dobroczynną w Afryce, głównie w Burundi, Demokratycznej Republice Konga i Kongo Brazzaville. Organizacja buduje tam między innymi przedszkola, szkoły, domy dla niedożywionych dzieci, ośrodki opiekuńcze dla niepełnosprawnych i katolickie centra katechetyczno-formacyjne.

Podczas jednej ze swych podróży aktorka adoptowała w Burundi szesnastoletniego chłopca o imieniu Jean-Marie. Był ciężko chory i potrzebował przeszczepu nerki. Jego życie mogła uratować tylko szybka operacja, ale na miejscu nie było takiej możliwości. Dzięki temu, że stał się jej przybranym synem, Claudia mogła go zabrać do Włoch, gdzie przeprowadzono transplantację. Zapewniła mu też opiekę medyczną w kolejnych latach.

W roku 2009 Claudia Maria Rosaria Colacione została dyrektorem Akademii Star Rose w Rzymie, założonej pod wpływem listu apostolskiego Jana Pawła II z roku 1999 do artystów. Celem działalności tej instytucji jest pomaganie młodym ludziom wiążącym swą przyszłość z biznesem rozrywkowym, aby wkraczali w ten świat z pewną busolą moralną oraz szacunkiem dla chrześcijaństwa. Przyznajmy, że nie ma chyba lepszego nauczyciela, który mógłby opowiedzieć młodzieży o licznych pokusach czyhających na nowicjuszy w tym towarzystwie niż właśnie Claudia Koll.

 

Grzegorz Górny – dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”. Autor kilkudziesięciu artykułów oraz czterech filmów dokumentalnych o tematyce węgierskiej. Odznaczony przez prezydenta Węgier Pala Schmitta Rycerskim Krzyżem Zasługi dla Republiki Węgierskiej.

 

Grzegorz Górny

Artykuł został opublikowany w 85. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Piotr Relich: prawdziwe ofiary pandemii COVID-19

COVID-19 być może jeszcze w tym roku osiągnie status sezonowej grypy. Natomiast wyniszczające skutki „walki z pandemią” będziemy odczuwać jeszcze długo po zrzuceniu masek i pozostałych symboli sanitarnego ucisku. I nie chodzi tu bynajmniej o straty zdrowotne czy gospodarcze…

Kiedy rozmowa z dawnym znajomym zaczyna się od pytania o szczepienie, kiedy w komunikacji miejskiej dostrzegasz wściekłe oczy pasażerów, bo akurat nie założyłeś maski, kiedy przed udzielaniem Komunii Świętej słyszysz komunikat o dwóch możliwościach przyjęcia Ciała Chrystusa – czujesz, że coś się zmieniło.

Kiedy jeszcze niedawni przyjaciele wrzucają cię do grona „foliarzy” i „płaskoziemców”, kiedy ksiądz publikujący post o wzajemnym poszanowaniu zostaje zlinczowany za zniechęcanie do szczepień, kiedy przed długo wyczekiwanym spotkaniem otrzymujesz sugestię zrobienia testu – już wiesz, jak ciężko będzie to odwrócić.

Gdy lekarze diagnozują niewydolność oddechową po kaszlu do słuchawki, gdy chorzy umierają w karetkach, oczekując na wynik testu, gdy słyszysz od ludzi, że zabili mi teścia, matkę, ojca… – zastanawiasz się, czy powrót do normalności jest w ogóle możliwy.

Natomiast kiedy czołowy „autorytet” medyczny odżegnuje od czci i wiary niezaszczepionych, że zajmują miejsce innym – a wcześniej nikt w ten sposób nie mówił nawet o pijanych kierowcach – upada w tobie zaufanie do przedstawicieli tego jakże ważnego zawodu. Bo do polityków już dawno upadło – nie tylko z powodu wprowadzania idiotycznych, paraliżujących system ochrony zdrowia przepisów, ale przede wszystkim z powodu zabawy ludzkimi emocjami i napuszczania jednych na drugich, aby osiągnąć upragniony poziom „wyszczepienia”.

Władcy marionetek

Doświadczenia minionych dwóch lat u niejednego pozostawią niezagojone rany. Bo takie są koszty wojny – a w ten sposób wszak chcieli, abyśmy postrzegali COVID-19, dyrygenci całej orkiestry. I jak w przypadku naszych – nie tak odległych – przodków, konieczność opowiedzenia się po jednej ze stron na zawsze położy cień nie tylko na wspomnieniach, ale przede wszystkim na wzajemnych relacjach.

Ciężko będzie utrzymać więzi z rodziną, która jeszcze niedawno nie chciała was widzieć w święta, bo jesteście niezaszczepieni. Ciężko będzie na serio traktować kapłanów, którzy w płomiennych kazaniach wzywają do heroizmu wiary, a sami w obawie o swoje doczesne zdrowie pozamykali kościoły na cztery spusty. Jak wybaczyć osobie mówiącej: Odpowiesz przed Bogiem za codzienne zgony – tylko dlatego, że podajesz w wątpliwość skuteczność „jedynej słusznej” strategii?

A kiedy my tak skaczemy sobie do oczu, władcy marionetek, niczym w serialu Squid Game przyglądają się temu niecodziennemu i elektryzującemu spektaklowi zza pancernych szyb. Dla nas to niemożność pożegnania bliskich, skradzione święta i sakramenty, utracone lata życia, rosnące koszty, masowe zwolnienia i bankructwa; dla nich – ekscytujący eksperyment przeprowadzany pod hasłem postępu za wszelką cenę.

A przy okazji najlepsza inwestycja w historii. Podczas gdy ich majątki w rekordowym czasie rosną do niebotycznych rozmiarów, dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom z nas żyje się gorzej, a sto sześćdziesiąt milionów ludzi ląduje na granicy ubóstwa. W odróżnieniu jednak od tajemniczych bogaczy z koreańskiego serialu, nasi władcy marionetek nic nie obstawiają i niczym nie ryzykują. Do nich należy bowiem kasyno, które „zawsze wygrywa”.

Wielkie przebudzenie?

Nic dziwnego, że najsilniej poddana pandemicznemu praniu mózgów część światowej populacji zaczyna się budzić. Już od wielu miesięcy dochodzi do zamieszek w Austrii, Australii czy Belgii; w o wiele bardziej zdecydowany sposób swoje „dość” wyrazili kanadyjscy „truckerzy”. Mimo że – jeżeli wierzyć rządowym doniesieniom – aż osiemdziesiąt procent z nich przyjęło przynajmniej jeden zastrzyk, tłumnie zjechali się w „konwoju wolności” i skutecznie sparaliżowali prace parlamentu. Wirus okazał się niezwykle punktualny, ponieważ akurat w tym samym czasie dopadł samego premiera, tak, iż w akcie osobistej odpowiedzialności udał się na kwarantannę aż do schronu. Protesty zaś rozlewają się powoli nie tylko na całą Kanadę, ale też na USA, Nową Zelandię, Holandię i Wielką Brytanię.

Kanadyjska insurekcja to tylko przykład, że na świecie czuć wiatr zmian. Strach nie ma już takich wielkich oczu, a narzucany odgórnie emocjonalny szantaż nie działa tak mocno, jak na początku „pandemii”. Coraz więcej krajów wychodzi z marazmu, mimo wątpliwości niektórych środowisk podejrzanie powiązanych z koncernami farmaceutycznymi. Za takimi decyzjami nie stoi jednak nowy, mogący zakończyć to całe szaleństwo wariant ani nawet wysoki poziom „wyszczepień”. To po prostu politycy, „eksperci” i inni funkcjonariusze sanitarnego reżimu widząc, co się dzieje, szykują sobie miękkie lądowanie.

Dzień zapłaty

A co się dzieje? Kiedy kolejne „dawki przypominające” nie chronią przed zakażeniem, a tym samym nie dają upragnionej wolności, nawet najwięksi kibice „nowej normalności” zaczynają pytać.

Bo dzisiaj okazuje się, że COVID-19 można – choć jedynie preparatami z odpowiednim certyfikatem koszerności – ale jednak leczyć. To dlaczego na samym początku pandemii rozpoczęto entuzjastyczne prace nad szczepionkami, ale już nie nad lekami? W świetle nowych metaanaliz i podsumowań rodzą się wątpliwości, czy kopiując metody rodem z komunistycznych Chin, postąpiliśmy właściwie? Czy koszty „walki z pandemią” przypadkiem nie przewyższają strat wywołanych samą chorobą?

Nikt nie chciałby być w skórze tych, na których skupi się publiczny gniew. Oni tym bardziej nie chcą, dlatego możemy wkrótce spodziewać się prawdziwego festiwalu zbiorowej amnezji i przerzucania odpowiedzialności. Jak to już zresztą wiele razy w demokracjach bywało, oni liczą na to, że nikt za nic nigdy nie odpowie. Naszym zadaniem więc jest, by nadszedł dzień zapłaty. Bo jeżeli taka hucpa ujdzie im na sucho, to strach myśleć do jakiej niegodziwości będą zdolni w przyszłości.

 

Piotr Relich

Artykuł został opublikowany w 85. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jakub Wozinski: Narodziny „Big Vacu”?

Produkcja szczepionek okazuje się nad wyraz dochodowa w szczególności dla rosnącego grona inwestorów. Na ogromną polityczną presję, aby „wyszczepić” cały świat szczepionkami na covid, trudno patrzeć w zupełnym oderwaniu od profitów, jakie z całego przedsięwzięcia czerpią rozmaite grupy interesów – pisze na łamach 83. numeru „Polonia Christiana” dr Jakub Wozinski.

W amerykańskim tygodniku „Time”, który od dłuższego czasu pełni funkcję swego rodzaju biuletynu informacyjnego Wielkiego Resetu, opublikowany został niedawno artykuł poświęcony „szczepionkowym paszportom”. Zdaniem autora, ich atrakcyjność dla zwykłego użytkownika pozostawia wiele do życzenia, dlatego zwrócił się on z prośbą do grafików o ich upiększenie. Powstały w ten sposób niezwykle barwne i pomysłowe projekty okraszone hasłami podnoszącymi na duchu w kontekście walki z pandemią. Jedno z nich brzmiało: Oddychaj swobodnie. Jesteśmy w tym wszystkim razem. Praktyka życia w „nowej normalności” pokazuje jednak, że „bycie w tym wszystkim razem” należy traktować ze sporym przymrużeniem oka. O ile bowiem dla większości z nas wprowadzone w imię walki z pandemią ograniczenia wiążą się z dużymi wyrzeczeniami i stratami finansowymi, o tyle znaczna część osób odnosi dzięki nim spore korzyści.

Szczepionki na covid i miliardowe zyski

Do grona osób, które z pewnością mają mniej powodów do narzekania na rozwój sytuacji na świecie, należą z pewnością wszyscy ci, którzy zainwestowali w akcje niemieckiej firmy BioNtech, która wspólnie z amerykańskim Pfizerem produkuje największą liczbę szczepionek. Obecnie zajmuje ona już dziewiąte miejsce pod względem kapitalizacji wśród wszystkich firm notowanych na niemieckiej giełdzie, lecz wciąż może stać się jeszcze większa. Jak na firmę, która weszła na giełdę zaledwie w roku 2019, to niesamowity wynik, gdyż obecnie jej wartość (81,5 mld dolarów) jest wyższa nawet od takich gigantów, jak choćby Siemens, BMW czy Bayer.

BioNtech, sprzedając szczepionki na covid, dzieli zyski po połowie z amerykańskim Pfizerem, którego wartość podskoczyła w ostatnim czasie aż do 260 bln dolarów, co daje mu miejsce w trzeciej dziesiątce firm całego świata o największej kapitalizacji. Nieco bardziej odległe miejsce w siódmej dziesiątce zajmuje Moderna z kapitalizacją rzędu 170 bln dolarów. W jej przypadku sukces jest również oszałamiający, ponieważ firma powstała zaledwie trzy lata temu.

Obserwując zalecenia władz medycznych na całym świecie odnośnie do przyjmowania kolejnych dawek wzmacniających eksperymentalnych preparatów, nietrudno dojść do wniosku, że oszałamiający marsz firm szczepionkowych przez giełdy będzie trwał jeszcze bardzo długo. Być może jesteśmy nawet świadkami narodzin zupełnie nowej, potężnej grupy spółek, która na pewien czas zdominuje światowe parkiety wzorem firm technologicznych (Big Tech).

Rozwojowi sytuacji wedle tego scenariusza sprzyjają niewątpliwie nasilające się na całym świecie tendencje, aby wprowadzać szczepionkowy segregacjonizm. Kolejne państwa wdrażają coraz dalej idące restrykcje dla niezaszczepionych, a stopniowo okazuje się, że co roku planowane jest stosowanie kolejnych dawek uzupełniających. Ze sprzedaży szczepionek tylko w latach 2021–2022 firmy BioNtech, Pfizer i Moderna spodziewają się przychodów rzędu 60 mld dolarów, więc przy założeniu, że Covid-19 miałby zostać z nami na dłużej i pociągać za sobą odgórny przymus stosowania szczepień, powstanie grupy Big Vac (od ang. vaccination – szczepienie) wydaje się wręcz naturalnym scenariuszem.

Ponadnormatywne zyski

Gdy w marcu ubiegłego roku największe firmy farmaceutyczne świata rozpoczynały pracę nad szczepionką, pojawiły się nawet pogłoski, że podmioty, które jako pierwsze opracują skuteczny preparat, podzielą się patentem z całym światem. Dziś nikt już do tego nie wraca, ponieważ szczepionki na covid okazały się niezwykle dochodowym interesem.

Pojawienie się koronawirusa okazało się prawdziwym wstrząsem dla światowej gospodarki, gdyż przyczyniło się do lawinowego wzrostu wydatków publicznych oraz przyspieszenia inflacji. Inwestorzy na całym świecie mają od tego czasu jeszcze więcej powodów, aby lokować środki w przedsięwzięciach, które są wprawdzie obarczone pewnym ryzykiem, lecz dają szansę na ponadnormatywne zarobki. Firmy szczepionkowe należą właśnie do tego rodzaju biznesów. Z jednej strony do tej pory szczepionki nie były nigdy szczególnie dochodowym przedsięwzięciem, lecz wobec politycznych planów przymusowego „wyszczepienia” całego świata mogą osiągnąć w nadchodzących latach ogromne zyski.

W świetle przedstawionych tu faktów trudno więc uciec od wielu istotnych pytań związanych z tym, czy ogromne parcie polityczne na zaszczepienie możliwie jak największej liczby osób stanowi efekt autentycznej troski o zdrowie obywateli, czy też może wypływa raczej z cynicznej kalkulacji biznesowej. Jeśli bowiem w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy udało się przyciągnąć do opisywanej tu branży kapitał idący w setki miliardów dolarów, to nie mogło się to nie odbić na decyzjach podejmowanych nie tylko przez potężne instytucje finansowe (które na wzroście cen Pfizera czy też Moderny zarobiły do tej pory gigantyczne sumy), ale także przez całą klasę polityczną i biznesową.

Akcje BioNtechu, o którym jeszcze kilka lat temu nie słyszał nikt oprócz wąskiej grupki specjalistów, zaliczają się dziś do dwudziestu najbardziej preferowanych papierów wartościowych największych na świecie funduszy inwestycyjnych. Jak zaś dobrze wiadomo, fundusze w większości obracają środkami powierzonymi im przez miliony klientów, w tym oczywiście gospodarcze i polityczne elity.

Sytuacja, w której popytem na dany towar można sterować przy pomocy środków politycznych, stwarza ogromne pole do nadużyć. Z czymś takim mamy właśnie do czynienia w przypadku szczepionek, które z dnia na dzień uczyniono przepustką do „nowej normalności”. Mowa tu nie o żadnym marginalnym zjawisku, ale o potężnej i rosnącej wciąż w siłę branży. Nowatorskie badania nad preparatami wykorzystującymi technologię mRNA prowadzone przez wywodzącego się z Turcji Ugura Sahina sfinansowali bracia Andreas i Thomas Strüngmannowie, którzy dzięki pakietowi kontrolnemu w spółce BioNtech błyskawicznie wdarli się do pierwszej dziesiątki rankingu najbogatszych Niemców. Wedle ostatnich szacunków BioNtech przyczyni się w tym roku do wzrostu niemieckiego PKB aż o 0,5 procent. Grono beneficjentów szczepionkowego segregacjonizmu jest więc jak widać niezwykle szerokie.

Działalność firm z branży biotechnologicznej jeszcze nigdy dotąd nie była tak dochodowa. Wiodący producenci szczepionek przeciwko koronawirusowi zaczynają coraz szybciej wyprzedzać największe nawet firmy farmaceutyczne. Zjawiska tego nie sposób jednak wytłumaczyć, odwołując się jedynie do stosowanych przez nowe podmioty nowatorskich i rewolucyjnych technologii. W narodzinach „Big Vacu” wielką rolę odgrywa bowiem polityka, a ściślej rzecz biorąc, skandaliczne dążenie do wprowadzenia dawno niewidzianego systemu segregacji obywateli.

 

Jakub Wozinski – publicysta, tłumacz, autor książek, m.in. Dzieje kapitalizmu.

Artykuł został opublikowany w 83. numerze magazynu „Polonia Christiana”.