Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jakub Majewski: Sami wykujmy wielkość

Nie trzeba dziś chyba nikogo specjalnie przekonywać, że obecna Polska jest cieniem tego, czym mogłaby być. Nieraz pocieszamy się, że jeszcze nie jest tak źle – może i państwo się degeneruje, może za progiem wojna, a za pół wieku zabije nas demografia, ale póki co, żyjemy… Tylko że przecież nie chodzi o to, by jedynie powtarzać: Jeszcze Polska nie zginęła. Chodzi o to, by ją odbudować, i to wspanialszą niż ongiś! Ale jak? – pyta dr Jakub Majewski na łamach 87. wydania magazynu „Polonia Christiana”.

Trzydzieści lat względnego spokoju i swobody – tyle mieliśmy, aby po upadku komunizmu zbudować nową Rzeczpospolitą, samorządną, niezależną i potężną. Nieraz mówimy o tym z goryczą, wskazując na elity, które zmarnowały ten czas dobrej koniunktury. Lubimy o nich mówić, podobnie jak lubimy się doszukiwać wpływów obcych agentur wśród nich, a gdy już w ogóle mamy ich dosyć, wtedy sięgamy po słowa Boże, coś Polskę, z prośbą, aby dobry Bóg zwrócił nam Ojczyznę wolną, a jednocześnie kategorycznie odcinając się od odpowiedzialności za jej boleści. Co złego, to nie my – to oni

Kto to wszystko tak zepsuł?

Nasze elity faktycznie popełniły wiele błędów, wiele spraw zaniedbały, a w wielu przypadkach – świadomie i z premedytacją działały na szkodę narodu i kraju, aby czerpać z tej szkody osobiste korzyści. Trzeba to omawiać i piętnować. Zbyt często jednak szukamy winnych wszędzie wokół, a nie patrzymy w lustro. Jeżeli bowiem nasze elity zachłysnęły się „świętym spokojem” ery „końca historii”, jeżeli zadowoliły się zamianą wschodniego hegemona na zachodniego, jeżeli wybory w Polsce wygrywa się na hasłach ciepłej wody w kranie i pieniędzy dla wszystkich – czy naprawdę obciąża to tylko te elity?

Czy my, Polacy, zrobiliśmy wszystko, aby wykorzystać szanse, które dał nam Bóg, gdy zwrócił nam wolność trzydzieści lat temu? Może i ta wolność od początku była ograniczona, ale przecież nie zwalnia to nas z obowiązku rozliczenia się z tego, co otrzymaliśmy. Jak w przypowieści Chrystusa o talentach godzi się zadać pytanie – czy naszą wolność puściliśmy w obieg, aby ją pomnożyć, czy ze strachu zakopaliśmy w ziemi, a teraz zdziwieni odkrywamy, że nam ją zabierają?

Mówimy: elity zawiodły. Wyprzedawali państwo, zaciągali kredyty i budowali szkodliwie nadęty socjal. Nakładali podatki, które pozwalały finansować fałszywy dobrobyt, jednocześnie zniechęcając przedsiębiorców i nadmiernie obciążając polskie rodziny. Zgadza się! Ilu z nas jednak, wedle swoich skromnych możliwości, robiło to samo? Ilu z nas zaniedbało obowiązek troski o własny dobytek i zamiast mądrze inwestować, obciążało się na długie lata kredytem, byle tylko mieć „własne” mieszkanie, zagraniczne wakacje i duży telewizor? Ilu z nas z obawą patrzy na zaglądający nam w oczy kryzys gospodarczy, właśnie dlatego, że nie poświęcali czasu i wysiłku, aby zawczasu przygotować się na czarną godzinę?

Są w Polsce ludzie, którzy musieli brać kredyt na mieszkanie, bo inaczej zwyczajnie nie mieliby gdzie żyć. Podobnie są w Polsce ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem, często posiłkując się tak zwanymi chwilówkami. Oczywiście, jedno i drugie nie jest powodem do wstydu. Ale powiedzmy wprost: podobnie jak nasze elity, wielu z nas nie oszczędzało albo wręcz zaciągało długi, aby żyć ponad stan.

Mówimy: mamy katastrofę demograficzną. Nasze elity zawiodły, bo zbyt późno i zbyt mało zachęcają ludzi do posiadania dzieci. Jednak wielu z nas świadomie wybiera bezdzietność lub małą rodzinę. Niestety, wielu z tych, którzy utyskują na brak działań ze strony rządu i elit, sami kiedyś spojrzeli na swoją dwójkę (żeby chociaż dwójkę!) dzieci i powiedzieli: wystarczy. Gdy zaś te dzieci podrosną, ich rodzice, dalej utyskując na brak działań ze strony rządu, będą je pouczać, aby nie zakładały rodziny za szybko…

Przykłady tego rozdwojenia jaźni można by mnożyć. Wojsko? Tak, rząd wiele zaniedbał – ale ilu z nas pofatygowało się, aby kupić i używać choćby czarnoprochową broń, aby nasi synowie mogli się z nią zapoznać i zainteresować? Gdy sondaże ciągle pokazują, że większość Polaków niechętnie patrzy na broń, jakże możemy narzekać na brak działań ze strony elit? A Kościół? Trudno się dziwić, że wielu Polaków, modląc się o powołania kapłańskie, w skrytości serca boi się, że ich jedyny syn takie powołanie w sobie odnajdzie. I tak dalej…

Wziąć odpowiedzialność

Żeby było jasne: Polska po roku 1989 osiągnęła wiele, a większość tego stanowi wynik trudu i znoju zwykłych Polaków, ich energii i pracowitości. Co więcej, nie może być tak źle, skoro do Polski coraz częściej imigrują ludzie nie tylko zza wschodniej granicy, ale również z Zachodu, chwaląc sobie namiastkę porządku i konserwatyzmu, jaką tu jeszcze można odnaleźć. Warto to docenić i szukać w tym nadziei. Ale jednocześnie trzeba wziąć odpowiedzialność za całokształt sytuacji i zacząć myśleć, co my możemy zrobić, aby było lepiej chociaż na naszym własnym, małym poletku.

Czy Rzeczpospolita może się odrodzić? Owszem, może, a jej odrodzenie zależy od nas samych. Bez nas odrodzenia nie będzie. Inni mogą i będą nam przeszkadzać – nieraz skutecznie – ale to od nas zależy, czy im na to pozwolimy i w jaki sposób podejdziemy do naszego zadania.

U szczytu potęgi dawnej Rzeczypospolitej szlachta stanowiła aż dziesięć procent narodu – ale przecież zamiast możemy równie dobrze powiedzieć zaledwie. Tylko dziesięć procent! Tylko tyle było potrzeba, aby budować ten wielki gmach. Nie trzeba wiele! Jednak gdy tej garstki zabraknie, natychmiast przychodzi katastrofa. Gdy wojny i pożogi spauperyzowały drobną szlachtę, czyniąc z niej klientów magnaterii, upadek był rychły. Potem przez cały XIX wiek Polacy z mozołem budowali nową szlachtę, promując wśród nowej klasy średniej ducha patriotyzmu i odpowiedzialności.

Dziś, po trzydziestu latach wysiłków, wielu z nas zdołało zbudować swojej rodzinie względny dobrobyt, tworząc na nowo namiastkę klasy średniej. Jednak zbyt niewielu z nas aspiruje do tego, aby widzieć w sobie coś więcej – spadkobierców szlachty. Grupy społecznej na co dzień zajmującej się budowaniem dobrobytu i dobrego imienia własnego rodu, ale w chwili próby gotowej do wzięcia odpowiedzialności za Rzeczpospolitą czy to szablą, czy słowem. Odrzucając historyczne przywary szlachty, winniśmy naśladować to, co było w niej dobre. Bądźmy szlachtą! Jakże bowiem Rzeczpospolita, państwo zbudowane przez szlachtę, miałoby się odrodzić bez jej uprzedniego odrodzenia?

Nie ma drogi na skróty!

Poprawa samych siebie przełoży się z czasem na poprawę państwa. W końcu nasze elity polityczne są wytworem społeczeństwa, czyli nas samych. To my wszyscy odpowiadamy za ich formację. A decydując się na więcej dzieci w naszej rodzinie, określamy, ile udziałów nasz ród będzie posiadał w przyszłości Rzeczypospolitej. Czy to wielka odpowiedzialność? Nie większa niż dźwigali nasi przodkowie. Oni sobie poradzili. My też możemy.

Musimy jednak uzbroić się w cierpliwość. Jeśli Rzeczpospolita jest gmachem, to my nie tylko zaniedbaliśmy ściany, dach i wnętrze, ale też naruszyliśmy integralność samych fundamentów. Remont będzie długi, kosztowny i nieprzyjemny. I kategorycznie nie wolno nam tego wysiłku spychać na innych, utyskując, że to rząd powinien zrobić to czy tamto. Każdy musi zrobić swoje, rozwijając własne cnoty, odpowiedzialnie budując swoją rodzinę, a przy tym nie zaniedbując spraw państwa.

Nie będzie tu niestety dróg na skróty. Żadna zmiana prawa czy ustroju nie wyleczy nagle naszych trosk. Dobre prawo może ułatwić budowę gospodarki, ale samo w sobie nie zbuduje dobrobytu. Dobre prawo może ukierunkować mozolną przemianę, ale samo w sobie nie odmieni serc. A demografia? Cóż, dzieci zawsze rosną tak samo długo. Niestety więc minie wiele lat, zanim populacja Polski przestanie maleć; a odbicie, jeśli nastąpi, to ze znacznie niższego poziomu. Będzie dużo gorzej – ale też przed tymi, którzy zdecydują się dziś na liczne potomstwo, otworzy się wiele możliwości.

Nie było tu ani słowa o naszej pozycji w świecie, o relacji z innymi państwami, o wojsku ani czymkolwiek, co zwykle kojarzymy z geopolityką. Nic o Ukrainie, o Rosji czy o Unii Europejskiej. Tam wszędzie można wiele zdziałać; zwłaszcza zwrot w relacjach z Ukrainą powinien napawać nas nadzieją na lepszą przyszłość Rzeczypospolitej. Ale ostatecznie wszystko zaczyna się w domu. Rzeczpospolita może się odrodzić, jeśli my, nie oglądając się na innych ani na państwo, będziemy do tego dążyć. Jeśli jednak nie podejmiemy tego wysiłku, przyjdzie dzień, gdy na gmachu Rzeczypospolitej zawiśnie złowrogi napis: Nie wchodzić, grozi zawaleniem. No cóż, inni mogą do nas nie wchodzić, ale my przecież innego domu nie mamy.

 

Jakub Majewski – twórca i badacz gier komputerowych, miłośnik historii i teologii.

Artykuł został opublikowany w 87. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jakub Wozinski: Inflacja kłopotów

Narastający problem wysokiej inflacji – którego oznak szczególnie doświadczamy w Polsce – nie jest zagadnieniem tylko i wyłącznie ekonomicznym. Galopująca inflacja przyczynia się do znacznych zawirowań w całym życiu gospodarczym – pisze na łamach „Polonia Christiana” dr Jakub Wozinski.

Galopujący wzrost cen to problem, z którym musi się ostatnio mierzyć nie tylko Polska, ale w zasadzie cały świat. Tego rodzaju sytuacja jest swego rodzaju ewenementem, ponieważ jeszcze nigdy zjawisko to nie występowało w sposób tak równomierny w skali całego globu. I choć teoretycznie obecnie uśredniona wartość światowej inflacji wynosząca około 9,2 procent (dane z marca 2022 roku) pozostaje wciąż niższa niż w szczytowym momencie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy w sięgała ponad 15 procent, wszyscy mają świadomość, że najgorsze dopiero przed nami. W przeciwieństwie bowiem do tego, co działo się przed półwieczem, obecnie czynników nakręcających inflację jest znacznie więcej. Gdy poprzednim razem świat przeżywał inflacyjny szok, nikt nie myślał jeszcze o wprowadzaniu radykalnej zielonej polityki zeroemisyjności ani o zamykaniu gospodarki pod pretekstem walki z wirusami.

To nie katastrofa naturalna

Warto stale przypominać, że inflacja nie jest nigdy „katastrofą naturalną”, a jej występowanie nie wynika wcale z przyczyn niezależnych od rządzących. Inflacja jest przede wszystkim zjawiskiem monetarnym, to znaczy: wynika wprost z takich, a nie innych decyzji osób mających największy wpływ na politykę finansową najważniejszych instytucji państwa. Rządzący lubią oczywiście znajdować dla wyrywającej się im spod kontroli inflacji rozmaite wytłumaczenia, lecz odpowiedzialność leży, niestety, głównie po ich stronie.

Przez ostatnie lata można było odnieść złudne wrażenie, że galopujący wzrost cen to zjawisko typowe dla republik bananowych lub krajów, które pogrążyły się w koszmarze socjalizmu. Powszechnie zakładano, że zaawansowana wiedza ekonomiczna w połączeniu ze stabilnym systemem politycznym są w stanie zapobiec wyrwaniu się wzrostu cen spod kontroli. Dziś jesteśmy niestety świadkami upadku tego mitu, a cały świat zaczyna coraz bardziej przypominać znajdującą się od wielu lat w permanentnym stanie bankructwa i zmagającą się z szalejącą inflacją Argentynę.

Jeszcze niedawno niekontrolowany wzrost cen w tym południowoamerykańskim kraju stanowił rodzaj ciekawostki, o której można było przeczytać w prasie lub internetowym serwisie. W najbliższym czasie należy się niestety spodziewać, że również i nasza gospodarka będzie przyjmować coraz więcej cech argentyńskich, gdyż nasza rodzima stopa inflacji wkracza właśnie w rejony typowe dla Argentyny przed siedmioma laty. Co prawda rządowe prognozy zakładają, że inflacja w Polsce ma zacząć wyraźnie spadać w perspektywie dwóch do trzech lat, lecz i tak już przy obecnym wzroście cen (12,3 procent w kwietniu) możemy mówić o naprawdę poważnych problemach.

Permanentna tymczasowość

Absolutnym mitem jest twierdzenie, że prawdziwy dramat dla społeczeństwa stanowi dopiero hiperinflacja (występująca umownie, gdy wzrost cen wynosi przez kilka miesięcy przynajmniej 50 procent). Wielkie trudności bowiem zaczynają się już wtedy, gdy inflacja wynosi przynajmniej 10 procent. Gdy za wzrostem cen nie nadąża wzrost płac, obywatele dość szybko zaczynają odczuwać specyficzną tymczasowość wszystkiego, z czym mają do czynienia. Wszelkiego rodzaju długofalowe rachunki i plany zaczynają tracić sens, a społeczeństwo zaczyna skupiać się na tym, aby w miarę możliwości gromadzić zapasy podstawowych dóbr w obawie, że niebawem staną się one niedostępne lub zbyt drogie.

Utrzymująca się przez długi czas wysoka inflacja przyczynia się również do tego, że u znacznej części osób, które nie są w stanie zabezpieczyć swojego majątku przy pomocy odpowiednich inwestycji, rodzi się wielkie poczucie krzywdy. W Polsce odkładanie środków na czarną godzinę w rodzimej walucie przez większą cześć minionego wieku nie miało sensu. Dopiero stosunkowo niedawno znaczna część społeczeństwa zmieniła nastawienie, zakładając, że marazm ery komunizmu i hiperinflacja transformacji ustrojowej odeszły już na zawsze do przeszłości. Gdyby teraz wielka fala inflacji miała po raz kolejny zniszczyć oszczędności społeczeństwa, które dopiero co uwierzyło, że odkładanie ma sens, doprowadziłoby do to zniszczenia dorobku kilku dekad.

Brudny Harry

Wedle badań przeprowadzonych przez profesora kryminologii z Uniwersytetu Missouri Richarda Rosenfelda, wysoki poziom inflacji koreluje z ilością dokonywanych przestępstw. Jego zdaniem zjawisko większej ilości zabójstw, rozbojów i innych aktów przemocy nie jest wcale typowe dla każdego okresu gorszej koniunktury, gdyż na przykład Wielki Kryzys w Ameryce, choć wiązał się z bardzo wysokim bezrobociem, nie przełożył się automatycznie na większą skalę przestępczości, ponieważ w USA panowała wówczas na ogół deflacja. Najbardziej inflacyjne były za to lata siedemdziesiąte, które zaowocowały rozkwitem kina gangsterskiego. Krajobraz ulic San Francisco znany z serii filmów o Brudnym Harrym nie był niestety tylko artystyczną kreacją, lecz odwzorowywał w pewnym stopniu ogólny stan zwiększonej przestępczości. W Polsce szczególne nasilenie działalności grup mafijnych z Pruszkowa czy Wołomina przypada również na czasy, gdy inflacja wynosiła zdecydowanie powyżej 10 procent.

Spadek wartości rodzimej waluty może jednocześnie przyczynić się do tego, że w społeczeństwie zdecydowanie wzrośnie poparcie dla przyjęcia waluty euro. Realizacja takiego scenariusza byłaby wielkim zagrożeniem dla naszej suwerenności, której jednym z filarów niezmiennie wciąż pozostaje złotówka. Zapewnienie odpowiedniej siły nabywczej naszej walucie powinno stanowić jeden z absolutnych priorytetów, gdyż w razie powszechnego rozczarowania nią koszty polityczne mogą być ogromne.

To się da powstrzymać

Powstrzymanie wzrostu inflacji jest zawsze możliwe, lecz wymaga żelaznej dyscypliny i przejścia przez trudny okres nakładania różnego rodzaju samoograniczeń. O tego rodzaju dyscyplinę, niestety, zazwyczaj nie jest łatwo, gdyż galopujący wzrost cen wzmaga społeczną frustrację oraz roszczenia przeciwdziałania mu poprzez udzielanie różnego rodzaju świadczeń z publicznej kasy. Istnieje ryzyko, że pragnąc zniwelować skutki inflacji dla różnego rodzaju grup społecznych (między innymi kredytobiorców), rządzący zatracą się w stale rosnących wydatkach publicznych, które przecież są zawsze jedną z głównych przyczyn występowania wysokiej inflacji.

Co więcej, gdy wysoka inflacja zaczyna zbierać swoje żniwo i pozbawiać oszczędności miliony osób, nastroje społeczne się radykalizują, a w warunkach demokratycznych bardzo łatwo o rozkręcenie licytacji nieodpowiedzialnych i populistycznych obietnic.

Z wysoką inflacją warto walczyć na wszelkie możliwe sposoby, gdyż wyrwawszy się spod kontroli, przypomina ona dżina, który uciekł z butelki i wyrządza szkody, gdzie tylko może. Czasu nie da się już cofnąć, ale rządzący mogą jeszcze uczynić wiele, aby społeczeństwu oszczędzić o wiele większego dramatu.

 

Jakub Wozinski – publicysta, tłumacz, autor książek, m.in. Dzieje kapitalizmu.

Artykuł został opublikowany w 87. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Łukasz Warzecha: Łatwo zostać „ruską onucą”

Obowiązek moralny nakazuje nam gościć uchodźców. Nie mamy jednak obowiązku rujnowania z ich powodu własnego kraju – mówi Łukasz Warzecha, publicysta i komentator polityczny, w rozmowie z Łukaszem Karpielem na łamach 86. numeru „Polonia Christiana”.

Na ile, Pańskim zdaniem, poczynania polskiego rządu w kwestii uchodźców z Ukrainy zdają egzamin w kontekście społecznym i gospodarczym?

– Jesteśmy jeszcze na bardzo wczesnym etapie, jednak już dziś można ocenić, że rząd kompletnie nie jest przygotowany w obydwu tych aspektach. Na przykład, rząd nie doszacował kosztów polityki wobec uchodźców. Według ministerstwa funduszy i rozwoju regionalnego, sięgną one dwudziestu czterech miliardów złotych tylko do końca tego roku. Przy czym ta suma pojawiła się na twitterowym koncie resortu i szybciutko zniknęła.

Kompletnie nie przemyślano też, jakie uchodźcom przyznać uprawnienia. Oczywiście, musimy ich gościć, mamy taki obowiązek moralny. Nie mamy jednak obowiązku rujnowania kraju. Dyrektywa UE wyraźnie mówi na przykład, że jeżeli uchodźca jest w stanie sam się utrzymać, bo prowadzi działalność gospodarczą, to państwo przyjmujące nie musi traktować go tak jak własnych obywateli. Tymczasem każdy Ukrainiec otrzymuje maksimum świadczeń przysługujących Polakom. Dlatego coraz bardziej dramatyczne stają się apele naszych rządzących do UE, by uruchomiła dodatkową finansową pomoc dla Polski. Pieniądze dla Ukrainy płyną też z USA, ale na razie nie ma mowy, by jakaś ich część miała przypaść nam.

W aspekcie społecznym sprawa jest chyba równie nieprzygotowana. Tu wina leży pomiędzy rządem a samorządami. Władze lokalne, wychodząc nierzadko przed szereg, przyczyniają się do wzrostu napięć. Przykład: samorząd powiatu piaseczyńskiego udostępnił uchodźcom dwa szkolne internaty. Polscy uczniowie musieli się wyprowadzić. Mają oni uczyć się zdalnie lub znaleźć miejsce u znajomych mieszkających bliżej. A chodzi o szkołę budowlaną, gdzie nauka zdalna to absurd.

Samorządowcy chyba nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób nastawiają Polaków przeciwko Ukraińcom. To oczywiście nie wina uchodźców, bo nie oni konstruują tę politykę. Ale ludzka psychika działa, jak działa, i jasne jest, że rodzice dzieci wyrzuconych z internatu skierują swoją niechęć w pierwszej kolejności w ich stronę.

 

Z drugiej strony mówi się, że to doświadczenie wojennej pomocy może dać początek pojednaniu między narodami o skomplikowanej historii.

– Rzekoma niechęć między naszymi narodami jest w dużej mierze mitem. Większość Ukraińców nie zna na tyle dobrze historii własnego kraju, by wiedzieć, że fundamenty, na których ich państwo oparło swoją tożsamość, powiązane są także z wątkami antypolskimi – z rzezią wołyńską. Jesteśmy bardzo lubiani przez Ukraińców i nie ma tu problemu historycznego. Ten istniał w elitach, nie wśród zwykłych ludzi. W zasadzie bezproblemowa obecność imigracji stamtąd jest również na to dowodem.

Wyzwanie jest innego rodzaju. Ukraińcy mieszkający w naszym kraju od lat nierzadko obawiają się obrazu, jaki mogą wytworzyć uchodźcy. To zupełnie inna bajka, bo tu nie ma dobrowolnej decyzji, tylko wymuszony wyjazd i w związku z tym jest pełny przekrój społeczny. Pojawiają się ludzie z różnych środowisk, z różnym wykształceniem. Stoimy też u progu naruszenia status quo państwa jednonarodowościowego. W II RP mieliśmy kłopot z Ukraińcami czy Żydami w dużej mierze dlatego, że władze sobie z tym nie radziły. Można to dziś zorganizować o wiele lepiej, ale trzeba mieć plan i pomysł. Tymczasem sądzę, że rząd myśli: Uchodźców się po prostu wpuści, co najmniej kilkaset tysięcy z nich zostanie i jakoś się wszystko samo ułoży. To groźne złudzenie. Zwłaszcza jeśli w odczuciu Polaków uchodźcy otrzymywać będą korzyści ich kosztem. Tu ważne jest odczucie i odbiór sytuacji – nie stan faktyczny. Poważne państwo tak nie działa. Skala wyzwań jest niewidziana od początku III RP.

 

Zabrakło realizmu?

– Poprzez napływ uchodźców rząd postanowił naprawić demografię i niektóre wskaźniki finansowe związane z kwestiami fiskalnymi. Tylko że nie powiedział o tym obywatelom otwarcie. Po drugie, rząd tego planu nie przemyślał. Stwierdzono, że trzeba zrobić tak, aby ci ludzie tu zostali – bez liczenia i przewidywania skutków. Nie mówię, że sam zamysł jest całkowicie zły. Problem demograficzny Polski to nie wymysł. Ale to musi być mądrze przeprowadzone. Inną przyczynę stanowi chęć uczynienia atutu z przyjmowania uchodźców, zwłaszcza w relacjach z UE: przyjęliśmy taką masę ludzi, a wy wstrzymujecie nam pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy? Ale na razie nie ma nie tylko kwot z KPO, ale też żadnych funduszy na uchodźców.

 

Zdaniem niektórych wielka imigracja może zbudować ubogacającą różnorodność w naszym kraju, jak w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

– Była ona przez pewien czas wielkim sukcesem, choć jej federacyjna natura nastręczała też problemów. Gdyby doszła do skutku unia hadziacka, mielibyśmy Rzeczpospolitą Trojga Narodów – Polaków, Litwinów i Rusinów, czyli Ukraińców – i to mógłby być znakomity projekt. Być może dziś bylibyśmy w ogóle w innym miejscu. Ale mamy za sobą siedemdziesiąt pięć lat państwa jednolitego narodowościowo; myślę więc, że te kwestie wymagają bardzo przemyślanego podejścia i ostrożnego działania. A tego nie dostrzegam.

Pomysły i przewidywania zacieśnienia partnerstwa Polski i Ukrainy, nawet czegoś w rodzaju nieformalnej unii, brzmią atrakcyjnie, ale wojna wciąż trwa i nie wiemy, jak się skończy. My mamy swoje interesy, a Ukraińcy mają swoje. Są one w wielu punktach tożsame, zwłaszcza w przypadku tej wojny, ale w innych jednak nie. Trzeba poczekać do momentu, w którym sytuacja się ustabilizuje, po czym przemyśleć ją, by działać bez szkody dla Rzeczypospolitej.

Poczynania ukraińskiego rządu w sferze PR są równie godne podziwu, co te na polu walki. Jednak my jesteśmy jednymi z rozgrywanych. Przykładowo, tamtejsi politycy powtarzają: Wy stoicie następni w kolejce jeśli chodzi o napaść konwencjonalną, ale ataku niekonwencjonalnego nie musicie się bać… Kryje się tu obrona ukraińskiego interesu. Polska opinia publiczna tej gry zupełnie nie widzi. Rozumiem, że emocje udzielają się zwykłym ludziom, ale na pewno nie powinny rządzić elitą.

 

Słyszymy często, że jeśli ktoś prezentuje taki realizm, to działa na rzecz Putina.

– Jeśli ktoś w trakcie epidemii COVID-19 podważał strategię państwa, natychmiast otrzymywał łatkę „antyszczepa”. Teraz, kwestionując jakikolwiek aspekt polityki wobec Rosji i Ukrainy, z automatu zostaje się „ruską onucą”. Już to pierwsze było trudne do zaakceptowania, jednak nazywanie kogoś trollem Putina albo rezonatorem propagandy Kremla idzie o krok dalej – to w zasadzie oskarżenie o zdradę własnego państwa.

 

Coraz mniej wolno powiedzieć.

– W mediach elektronicznych naprawdę bardzo trudno znaleźć głosy odrębne, nawet te stroniące od skrajności i bardzo dobrze uargumentowane. Można deklarować szczerą sympatię do Ukraińców, życzyć im wygranej i potępiać rosyjskie okrucieństwa, ale jeśli powie się cokolwiek krytycznego na temat kosztów przyjmowania uchodźców albo bojkotu firm pozostających w Rosji – i tak otrzyma się łatkę „ruskiej onucy”.

W głównych mediach widzimy wyłącznie informacje od jednej strony. Tak, Rosjanie zdolni są do okropieństw trudnych do wyobrażenia. To jest niestety inna cywilizacja. Natomiast były w historii sytuacje, gdy niektóre oskarżenia czynione podczas wojny okazywały się naciągane albo wprost fałszywe. Mam wrażenie, że dziennikarze robią dziś zbyt mało w celu sprawdzania informacji.

 

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Nasze akcje

Broń dla Polaków! Ważna petycja do rządu

Nie możemy czekać! Geopolityczne położenie Polski sprawia, że nie możemy wykluczyć militarnej agresji z kilku stron świata. Tragedia wojenna, dziejąca się obecnie na Ukrainie, pokazuje, jak ważne jest dobre przygotowanie do zapewnienia bezpieczeństwa w każdym mieście i w każdej wiosce. Tymczasem skrajnie ograniczony dostęp do broni powoduje, że Polacy to najbardziej rozbrojony naród w Europie! Jeśli nie chcemy być znów „mądrzy po szkodzie”, zadbajmy o przeszkolenie strzeleckie osób cywilnych i zwiększenie dostępu do posiadania broni palnej. Dzięki temu staniemy się narodem skutecznie odstraszającym agresywne państwa takie jak Rosja.

Chcesz pokoju – przygotuj się do wojny

Polski rząd przyjął 22 lutego br. projekt ustawy o obronie Ojczyzny, która – jak można przeczytać na stronach Ministerstwa Obrony Narodowej – ma prowadzić m.in. do zwiększenia liczebności zawodowej armii oraz Wojsk Obrony Terytorialnej. Przykład ostatnich dni i wojny na Ukrainie dowodzi jednak, że w obliczu zagrożenia atakiem z zewnątrz, konieczne jest wsparcie zawodowych sił zbrojnych przez żołnierzy z poboru albo przez przeszkolonych odpowiednio wcześniej ochotników.

Fakt, że w Polsce dostęp do broni palnej ma niewiele osób, oznacza praktycznie bezbronność naszego państwa, które nie może w razie potrzeby sięgnąć po cywilów nieumiejących posługiwać się bronią. Szkolenie w ostatniej chwili zmobilizowanych do wojska cywilów kończy się tragicznie – dla niewyszkolonych osób i dla samego państwa. Znów – odwołując się do sąsiada ze wschodu – możemy podać przykład armii ukraińskiej w 2014 roku, która poniosła duże straty z powodu braków w wyszkoleniu żołnierzy z poboru i ochotników.

Wesprzyj skuteczne działania na rzecz obrony Ojczyzny

Niemal w każdym miejscu na mapie świata można wskazać państwa, które stały się ofiarą agresji dlatego, że były słabe i nieprzygotowane na uderzenie ze strony sąsiada. Nie na darmo stworzono powiedzenie: „Chcesz pokoju – przygotuj się do wojny”.

W obliczu tragicznych wydarzeń rozgrywających się w środku Europy Stowarzyszenie „Polonia Christiana”, wspierane przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, przygotowało akcję społeczną, która ma na celu zwiększenie poziomu bezpieczeństwa Rzeczpospolitej Polskiej.

Przygotowana została elektroniczna petycja adresowana do Premiera i Rady Ministrów, w której apelujemy o jak najszybsze ułatwienie obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej dostępu do broni palnej. Dostrzegając pozytywne aspekty uczestniczenia Polski w Pakcie Północnoatlantyckim wiemy, że dobrze przygotowany do wojny cały naród jest w stanie odstraszyć nawet bardzo silnego wroga, który będzie obawiał się strat i będzie świadomy, że w razie potrzeby po oręż mogą sięgnąć setki tysięcy albo miliony dobrze przeszkolonych obywateli.

Bezbronny naród? Potrzebny dostęp do broni!

Niestety, po 1990 roku nie zadbano o to, aby umiejętność posługiwania się bronią palną była powszechna i dawała gwarancję dużej zdolności do odparcia zakusów potencjalnych agresorów. Polacy są obecnie jednym z najbardziej rozbrojonych narodów Europy – obecnie tylko co setny statystyczny Polak ma jedną sztukę broni palnej. Z raportów ekspertów dowiadujemy się natomiast, że na Węgrzech na stu mieszkańców przypada 5,5 sztuk broni, na Słowacji 8,3, w Czechach 16. Jeszcze słabiej wyglądamy na tle państw Europy Zachodniej – w Niemczech, Szwecji czy Szwajcarii stu mieszkańców ma w domu od 30 do 45 sztuk broni palnej.

Jeśli chcemy czuć się bezpiecznie w własnym państwie, nie możemy tkwić w letargu i udawać, że jesteśmy otoczeni tylko przyjaciółmi, którzy nigdy nie zaatakują Polski. Dlatego domagajmy się od Rządu RP i polityków, aby w trybie pilnym rozpoczęto i zakończono prace legislacyjne nad ułatwieniem dostępu do broni palnej dla zwykłych obywateli. To zwiększy nasze bezpieczeństwo w każdej miejscowości na polskiej ziemi.

Pamiętajmy, że rozbrojone społeczeństwo jest łatwym łupem dla agresora. Bądźmy mądrzejsi przed szkodą i oddajmy broń w ręce Polaków! Zachęcajmy rodzinę, znajomych i sąsiadów do podpisania tego apelu (link poniżej). W silnym państwie będziemy mogli żyć i spać spokojniej.