Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Włodzimierz Bodnar: Gdyby to zależało ode mnie, pandemii już by nie było

Leczenie objawowe COVID-19 to wielki błąd, który wynika z rządowej strategii walki z pandemią. Wskutek tych założeń nie zwalczamy samej choroby, bo koncentrujemy się na skutkach, a nie na przyczynie. Tymczasem trzy etapy prawidłowej kuracji – zahamowanie wirusa, pobudzenie odporności i zwalczenie powikłań – gwarantują szybkie, prawie zawsze skuteczne pokonanie choroby. I na lokalną skalę nam się to udaje. Już od wielu miesięcy województwo podkarpackie ma najniższy wskaźnik nowych zakażeń w Polsce – mówi lekarz medycyny Włodzimierz Bodnar w rozmowie z Marcinem Więckowskim.

Panie Doktorze, choć w lokalnym środowisku jest Pan od dawna znanym i cenionym lekarzem, w ostatnich miesiącach w całej Polsce zrobiło się o Panu głośno, a to za sprawą Pańskiego autorskiego programu leczenia COVID-19 z zastosowaniem amantadyny…

– W zawodzie pracuję od dwudziestu pięciu lat. Jestem pediatrą i specjalistą chorób płuc. Prowadzę w Przemyślu przychodnię Optima, której jestem jedynym właścicielem. Ścieżka leczenia choroby COVID-19 przy pomocy amantadyny jest wynikiem moich wieloletnich badań oraz inwestycji.

 

Co to jest amantadyna i jak może być wykorzystana przy leczeniu COVID-19?

– Amantadyna to organiczny związek chemiczny o strukturze zbliżonej do diamentu. Nie znamy dokładnie jej działania, ale wiemy z dotychczasowych doświadczeń, że ma ona działanie przeciwwirusowe i przeciwzapalne, może też działać przeciwcukrzycowo i przeciwbakteryjnie. Jest znana jako lek od dziesięcioleci i stosowana na przykład w leczeniu choroby Parkinsona.

Mechanika amantadyny jest wieloraka. Błyskawicznie hamuje ona rozwój wirusa, a jednocześnie działa regenerująco na tkanki układu nerwowego, które bardzo często przy chorobie COVID-19 zostają przez wirus uszkodzone. A ponieważ lek to nie komputer i nie wybiera, które tkanki regenerować, a które nie, więc przypuszczamy, że działa tak również na wszystkie inne.

Efekty podania amantadyny widać już po czterdziestu ośmiu godzinach i zwykle po kilku dniach pacjent jest wyleczony. Osoby leczone amantadyną od wczesnych stadiów choroby rzadko mają po niej jakiekolwiek powikłania, prawie nie występuje u nich zespół zmęczenia pocovidowego. Ale nawet u ludzi, którzy nie byli leczeni, amantadyna ma szerokie zastosowanie także po przejściu COVID-19 – do zwalczania powikłań. Moje obserwacje potwierdzają doniesienia lekarzy z Niemiec, Danii, USA, a nawet z Chin. Ale wyników ich badań prawie nigdzie nie dopuszcza się do publikacji.

 

Skoro to tak dobry lek, to dlaczego jest tyle głosów przeciwnych stosowaniu amantadyny i tak rzadko się ją wykorzystuje?

– Wydaje mi się, że amantadyna jest po prostu zbyt tania i nie chronią jej żadne patenty, a zatem nikt nie może na niej dużo zarobić. Dochodzi po prostu do konfliktu interesów.

 

Kiedy sam leżałem w szpitalu z COVID-19, mówiono mi, że nie ma jeszcze leku na tę chorobę, można leczyć tylko jej objawy.

– To jest wielki błąd, który wynika z rządowej strategii walki z pandemią. Wskutek tych założeń opieramy się tylko na leczeniu objawowym i nie zwalczamy samej choroby; koncentrujemy się na skutkach, a nie na przyczynie. W dodatku wiele przychodni zamieniło się w centra telefoniczne – kontakt z lekarzem jest utrudniony, a większość chorych zamkniętych w domach nie jest w ogóle niczym leczona; ci z najcięższym przebiegiem choroby trafiają do szpitali, ale i tam bez odpowiednich procedur leczenia ludzie masowo umierają.

Tymczasem trzy etapy prawidłowej kuracji – zahamowanie wirusa, pobudzenie odporności i zwalczenie powikłań – gwarantują szybkie, prawie zawsze skuteczne pokonanie choroby. Co warto dodać, badania wykazały, że amantadyna nie koliduje z żadnymi innymi lekami. Można więc podawać ją równolegle z leczeniem objawowym, nie odrzucając tego drugiego; pacjent nie musi też odstawiać leków na inne choroby, które stale przyjmuje.

 

Jak wygląda obecnie sytuacja z dostępnością amantadyny w Polsce?

– Niestety, są z tym olbrzymie trudności. Importujemy niewielkie partie za zgodą ministerstwa zdrowia, ale to ilości daleko niewystarczające. W tej chwili najczęściej stosujemy zamienniki, na przykład siarczan amantadyny. Wielu pacjentów kupuje lek za granicą na własną rękę. Tak więc sytuacja w Polsce jest ogromnie trudna, podczas gdy w niektórych krajach, takich jak Chiny czy Egipt, amantadynę można kupić w aptece bez recepty. I widać, jak te kraje radzą sobie z pandemią, a jak my.

Niestety, dopóki nie zmieni się nastawienie ministerstwa i Naczelnej Izby Lekarskiej do amantadyny, dopóty ludzie będą masowo umierać. Już jakiś czas temu powiedziałem, że gdyby to ode mnie zależało, dawno byłoby po pandemii, i tego się trzymam.

 

Niektóre media publikują paszkwile na Pana temat, zarzucając, że kilkunastu Pańskich pacjentów zmarło albo że na leczenie skierował Pan osoby, które nie miały nawet wykonanego testu.

– Ci ludzie zmarli na COVID-19 i choroby współistniejące, a nie z powodu zażywania amantadyny. W żadnym z tych artykułów nie przedstawiono ani jednego dowodu naukowego na to, że amantadyna spowodowała śmierć jakiegokolwiek pacjenta. Bo takich dowodów po prostu nie ma!

Amantadyna jest lekiem bezpiecznym, który nie powoduje efektów ubocznych, tylko działania niepożądane, i to możliwe do skorygowania innymi lekami. W dodatku ma wysoki próg stosowania, czyli bardzo trudno ją przedawkować.

Ale nie ma leku na wszystko i w przypadkach, gdy rozpoczynamy podawanie amantadyny zbyt późno, na zaawansowanym etapie rozwoju choroby, zwłaszcza u człowieka starszego, zdarza się, że pacjenta nie da się już uratować. Dlatego tak wielkie znaczenie ma czas: im szybciej zaczniemy podawanie amantadyny, tym większa szansa na uratowanie chorego i powstrzymanie powikłań, które mogą mieć bardzo poważne konsekwencje.

A odnośnie testów, to upieranie się przy tym, żeby każdego pacjenta z objawami wysyłać na test, jest sprzeczne z elementarnymi praktykami lekarskimi. W przypadku COVID-19 mamy do czynienia z objawami typowymi, które zostały dobrze opisane i sprawdzają się w przytłaczającej większości przypadków. Dlatego leczenie powinno się rozpoczynać na podstawie diagnozy objawowej. Testy robi się wtedy, kiedy zachodzi wątpliwość, z jaką chorobą mamy do czynienia. Dodajmy do tego, że dwadzieścia procent testów PRC daje wynik fałszywy. I jeśli przyjmuję pacjenta z objawami, któremu wyszedł wynik negatywny, to mam go nie leczyć? Przecież to absurd. Ale tak to już jest, kiedy dziennikarze próbują pouczać lekarza, jak ma leczyć ludzi.

 

Leczą się u Pana pacjenci tylko z Przemyśla i okolic czy z całej Polski?

– Z całej Polski, a nawet z zagranicy. Miałem już pacjentów z Białorusi i Litwy, a telefony z Niemiec, Francji, Irlandii, nawet z Kanady. Oczywiście im bliższa odległość, tym więcej ludzi się zgłasza. Proszę zauważyć, że już od wielu miesięcy województwo podkarpackie ma najniższy wskaźnik nowych zakażeń w Polsce, mimo że jesteśmy jednym z najbardziej zagrożonych regionów, bo graniczymy z Ukrainą.

Amantadyna, oprócz leczenia choroby i regeneracji organizmu, ma jeszcze jedno zastosowanie: hamuje rozwój pandemii. Ludzie szybciej wychodzą z choroby, a więc zarażają mniej nowych osób. Wydawałoby się, że nasza przychodnia powinna się stać jakimś wielkim ogniskiem zakażeń, prawda? Tymczasem jest dokładnie na odwrót – po prostu chorzy po kilku dniach od zażycia amantadyny są już „czyści” i nie roznoszą wirus po kolejnych osobach. Dlatego mimo że nasyłano już na nas Sanepid, kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

I co równie ważne, amantadyna stymuluje wytwarzanie przeciwciał, czyli naturalną odporność na wirus SARS-COV-2. Oczywiście zdarzały się przypadki powtórnych zachorowań ludzi leczonych amantadyną, tak jak zdarzają się po dwóch dawkach szczepionki, ale osoby te przechodziły chorobę po raz drugi bardzo łagodnie: tymczasem wśród osób nieleczonych drugie przebycie COVID-19 było na ogół dużo cięższe i w wielu przypadkach śmiertelne.

 

Co Pan sądzi o rządowej strategii walki z pandemią, o lockdownie?

Lockdown przyczynił się do wielu bardzo negatywnych zjawisk: bankructwa firm, poczucia braku stabilności, problemów z tyciem i rozwojem wielu innych chorób, w tym psychicznych, które bardzo źle wpływają na odporność i utrudniają walkę z chorobą, zamiast w niej pomagać. Najgorsze jest jednak to, że ozdrowieńców pozostawia się samych sobie: jeśli sami się nie upomną choćby o kontrolne badanie płuc, to po wyzdrowieniu z COVID-19 nikt się już nimi nie zajmuje. Obecnie szacujemy, że będziemy mieć w Polsce w najbliższych latach od stu tysięcy do pół miliona nadliczbowych osób niepełnosprawnych, dlatego że zupełnie zapominamy o leczeniu powikłań.

 

Zauważył Pan zapewne, że po wpisaniu w wyszukiwarkę internetową Pańskiego nazwiska lub nazwy przychodni wyświetla się automatyczny alert covidowy?

– Zupełnie mnie to nie dziwi. Od wielu miesięcy jesteśmy blokowani na portalach społecznościowych. Obcina się nam zasięgi, nawet opłaconych postów, a w mediach głównego nurtu panuje niepisane embargo na nas. Informacje o naszych usługach są przekazywane jak za starych czasów: pocztą pantoflową, pomiędzy znajomymi i członkami rodzin. Ale nawet w taki sposób docieramy do tysięcy osób. Sam otrzymałem wiele imiennych podziękowań, zwłaszcza od ludzi, u których przebieg choroby był ciężki, ale po zażyciu amantadyny nastąpiła błyskawiczna poprawa.

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jerzy Wolak: Szmata na gębie

Szczepią nas, liczą nas, wkrótce nas zakolczykują, po czym zaczną sprzedawać detalicznie i hurtowo. Albo popędzą do rzeźni (lub łaźni – co, jak przed kilkudziesięciu laty pokazała historia, może na jedno wychodzić). Po co nam wolność? Przecież mamy tyle bezpieczeństwa. Przecież czuwa nad nami tyle „czynników”: rząd i niezależni eksperci, ZUS i organizacje pozarządowe, a do tego policje tajne, widne i dwupłciowe. A zresztą wydumana to rzecz, wolność. To luksus, na który niewielu może sobie pozwolić. Po co nam się o nią szarpać – czy nakarmimy nią dzieci, rachunki zapłacimy, okryjemy się zimą? Co za nią kupimy?

Ludzka trzoda nie potrzebuje takich fidrygałków. Dlatego pozostaje głucha na głos Chrystusa, którego Duch Pański namaścił i posłał, aby więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; aby uciśnionych odsyłał wolnymi (Łk 4, 18).

Zawołałem z ucisku do Pana – Pan mnie wysłuchał i wywiódł na wolność. Pan jest ze mną, nie lękam się – cóż mi może zrobić człowiek? (Ps 118, 5-6) – tego też nie chcemy słuchać.

Polacy zatykają uszy na głos świętego Pawła, który w liście do Galatów woła wprost do nich: Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli! (Ga 5, 1).

Czterdzieści lat temu ciężki trep żołdaka, tłamsząc zdrowy pęd ku wolności pogrążonego w czerwonej mgle narodu, przydepnął nas tak mocno, że w zasadzie do dziś się nie podnieśliśmy. Dlatego gdy trzydzieści lat temu odchodzący na bezkarną emeryturę żołdak oddał bat uprzednio wyselekcjonowanym sukcesorom, zapialiśmy w aklamacji. A gdy dwadzieścia lat temu brzydki zapach przeszłości rozszedł się na tyle szeroko, że trudno go było nie poczuć, wciąż nie chcieliśmy uwierzyć, jak nas mistrzowsko zrobiono w konia. A dziesięć lat temu już Europejczycy pełną gębą (z naciskiem na gębę), myśmy wszystko zapomnieli

Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem – śpiewał przed trzydziestu laty pozujący na Johna Lennona Chłopiec z Placu Broni i mało który Polak nie zna tego refrenu, i nie nuci go bezwiednie, gdy tylko usłyszy tę piosenkę.

Bezwiednie, bo ich świadome działania dowodzą ponad wszelką wątpliwość, że ani nie kochają, ani nie rozumieją. A oddać nie tylko umieją, ale wręcz chcą.

A ci co przedpotopowych piosenek nie znają, bo ich trzy dekady temu nie było na świecie? Ci w ogóle żadnego problemu z wolnością nie mają. Są wolni, bo przecież sami tak ogłosili na fejsbuku, instagramie, tłiterze. I przyklepali czerwonym znakiem runicznym wyciągniętym ze śmietnika historii. Albo sześciopakiem koloru…

Tym aż się prosi przypomnieć piosenkę jeszcze starszych „dziadersów”, która jednakowoż pomimo upływu czasu ani o jotę nie straciła na aktualności: Są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero. Mniej niż zero.

Obroża wrasta w szyję – tym głębiej, im dłużej się ją nosi. Z czasem wręcz wnika pod skórę tak, że jej wcale nie widać. A nawet nie czuć. Tylko niekiedy, nie wiedzieć czemu, człowiekiem targnie jakiś dziwny niepokój… Ale zaraz przechodzi.

Liczcie nas, szczepcie nas, kolczykujcie nas. A potem nas sprzedajcie. Byle ze zniżką.

 

Jerzy Wolak

 

Artykuł „Szmata na gębie” jest edytorialem 81. wydania magazynu „Polonia Christiana”. Zachęcamy do lektury naszego pisma. Najprostsza droga do jego zamówienia do skorzystanie z poniższego buttonu.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Dariusz Zalewski: Wychowanie w epoce cyfrowej

To szokująco aktualny artykuł Dariusza Zalewskiego z 2010 roku. Problem uzależnienia od internetu stał się obecnie głównym wyzwaniem pedagogicznym w Polsce i na świecie. Okres obostrzeń i lockdownów uzasadnianych walką z COVID-19 pogłębił katastrofę wychowawczą, generując całe pokolenia ludzi, którzy nie potrafią żyć bez telefonu w ręku i stałego dostępu do internetu. Autor przewidział ten bieg wydarzeń już wiele lat temu, formułując pilne i ważne postulaty dla rodziców i wychowawców. 

Francuski socjolog Roger Caillois dokonał klasyfikacji gier i zabaw, wymieniając ­zabawy charakteryzujące się naśladownictwem (na przykład, dziecięce zabawy w sklep, strażaków itp.), zabawy, w których dominuje czynnik losowy (jak loterie czy kości), współzawodnictwo (gry sportowe) oraz zabawy oparte na… ­oszołomieniu. Chociaż autorowi chodziło w tym przypadku o zabawy w rodzaju wirowania na ­karuzeli czy skakania na trapezie, to wydaje się, że do czynienia ze ­specyficznym rodzajem oszołomienia mamy również w przypadku gier komputerowych czy ­ogólnie zjawiska, które można okreśłić jako uzależnienie od internetu.

Ekran komputera oszałamia magią kolorów, szybkimi zmianami obrazów i zwrotami akcji. Nie bez znaczenia jest także ciągła pogoń za nowościami, za ciekawostkami, które wprowadzają umysł w rodzaj specyficznego pobudzenia i niepokoju. Dziecko pozostawione w tej sferze bez opieki zostanie wciągnięte w kolorowy wir i porwane do świata, w którym utracimy z nim kontakt.

Komputer, uzależnienie od internetu, edukacja

Użycie w tym przypadku słowa „porwanie” nie jest bynajmniej przesadą. Niech o tym zaświadczy przypadek trzynastoletniego chłopca z Genui, chorobliwie uzależnionego od gier wojennych. Przestał on chodzić do szkoły, nie chciał jeść, praktycznie cały swój czas spędzając przed ekranem komputera. Bezradna matka wezwała w końcu na pomoc karabinierów, którzy skonfiskowali konsolę do gier. Podobne przypadki wymuszają powstawanie specjalnych klinik leczących internetowe uzależnienia. Funkcjonują one w Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej, a ostatnio także w Holandii.

Uzależnienie prowadzi do określonych skutków, czyli pojawiania się skaz na psychice, które klasyczna pedagogia nazywa wadami moralnymi. W skrajnych przypadkach mamy do czynienia z zachowaniami psychopatycznymi. Wiosną 2009 roku w jednym z niemieckich miasteczek uczeń zamordował piętnaście osób: kolegów, nauczycieli i przypadkowych przechodniów. Jego rodzicom całkiem nieźle się powodziło: mieli dom, porsche, a chłopak dostawał, co chciał. W wieczór przed zamachem „trenował zabijanie” na jednej z gier komputerowych. Na twardym dysku oprócz gier znaleziono kilka horrorów i zdjęcia pornograficzne. Chłopak ów trwał w „oszołomieniu” wywołanym między innymi przez nierozsądne korzystanie z komputera.

Skoro w sieci czyhają na nas i na nasze dzieci różne zagrożenia, to czy nie lepiej pozbyć się komputera? Nie, taka decyzja byłaby zbyt pochopna. Komputer może, owszem, przyczyniać się do rozsiewania zła, prowadzić do wspomnianych uzależnień czy do rozwoju wad charakteru, ale może też służyć edukacji, rozrywce i efektywniejszej pracy. Nie należy traktować internetu wyłącznie jako wielkiego śmietniska. Sztuką jest takie wychowanie, które potrafi uchwycić granicę między dobrem a złem i pozostawić dziecko po dobrej stronie.

Cnoty moralne a internet

W klasycznej pedagogice o wychowaniu decydowało uformowanie poszczególnych cnót stanowiących podstawę paidei. Dzięki cnotom młody człowiek opanowywał swoją nieokrzesaną naturę i popędy, stając się „pięknym moralnie” (kalos kai agatos). Wynalezienie technologii cyfrowych niczego w tym względzie nie zmieniło. Bez wypracowanych sprawności moralnych nie można mówić o wychowaniu!

Nie ulega jednak wątpliwości, że „nowe media” (pomimo swoich zalet) bywają dosyć wysublimowanymi narzędziami pokus, przez co stanowią istotną przeszkodę na drodze do ukształtowania się prawego charakteru. I nie chodzi tu jedynie o treści, jakie ze sobą niosą, ale również o specyficznie zniewalającą formę „oszałamiającego” przekazu. Dlatego jednym z podstawowych postulatów wychowawczych jest przygotowanie dziecka do korzystania z technologii informatycznych. Nie chodzi tu tylko o instruktaż na temat ewentualnych zagrożeń, ale o uformowanie podstawowych cnót w takim stopniu, aby dzieci mogły sobie poradzić z pokusami, które napotkają siedząc przed ekranem komputera.

Rodzice powinni być świadomi prawdy, iż sprawność jest efektem czasu i wielokrotnych powtórzeń. Zgadzając się na długotrwałe i powtarzalne wykonywanie przez dziecko pewnych zachowań przed komputerem, pozwalają na formowanie sprawności, które niekoniecznie muszą być cnotami. Wręcz przeciwnie – istnieje spore prawdopodobieństwo ukształtowania w ten sposób wad.

Wraz z postępem technologicznym można mówić o cnotach i wadach specyficznych dla całego obszaru ludzkiej działalności związanego z nowymi mediami. Zważywszy na specyfikę ich działania oraz mechanizm uzależniania od siebie, należy szczególnie zwrócić uwagę na konieczność wypracowania takich cnót, jak: powściągliwość i umiarkowanie, a zwłaszcza umiejętność poskramiania nieuporządkowanego pragnienia zabawy i rozrywki, którą w tradycyjnym kanonie reprezentowała cnota eutrapelii.

W kontekście internetu szczególne podłoże do rozwoju znajdują takie wady, jak: lenistwo, nadmierna ciekawość oraz nieczystość moralna. Nie można też zapominać o przywarach sprzeciwiających się cnocie prawdomówności (obmowie, kłamstwu, wulgarności, wyśmiewaniu, gadatliwości) oraz szacunku do innych (kłótliwości, oszustwu, mobbingowi).

Zabawa, powściągliwość i lenistwo – takie skutki wywołuje uzależnienie od internetu

Młodzież postrzega komputer głównie jako narzędzie zabawy i rozrywki. Zabawa jest ważną formą aktywności, ale powinna być dawkowana z umiarem i roztropnością. Wdrażanie do powściągliwości w korzystaniu z internetu będzie kluczowe dla osiągnięcia właściwego efektu wychowawczego. Nie chodzi o to, by rezygnować z godziwej rozrywki, ale o to, by nie przybrała ona form zniewalających. Dzieci mają swoje obowiązki i muszą się przyzwyczajać do ich wypełniania. Świat wirtualny zaś wciąga i hipnotyzuje, doprowadzając ostatecznie do nałogu.

W jaki sposób rodzice mogą poznać, że z dzieckiem dzieje się coś niedobrego? Według Marka Griffithsa, o uzależnieniu świadczy emocjonalne podporządkowanie danemu działaniu (nieustanne myślenie na dany temat); tzw. tolerancja dawkowania (na przykład, stopniowe wydłużenie czasu przebywania w sieci, aby osiągnąć pierwotny stan oszołomienia); negatywne objawy odstawienia (nieprzyjemne uczucia i objawy fizjologiczne w przypadku zaprzestania określonych działań); zewnętrzny konflikt z otoczeniem lub konflikt wewnętrzny, przejawiający się dyskomfortem psychicznym z powodu braku kontroli nad sobą; nawrót do nałogowych zachowań (nawet po latach) oraz niespodziewane zmiany nastroju.

Najlepszym sposobem na uniknięcie uzależnienia jest – jak już wspomniano – ograniczanie i roztropne dawkowanie kontaktów z komputerem. Niestety, wielu rodziców ma z tym spore kłopoty. Niebezpieczną tendencją jest traktowanie go jako… darmowej niańki. Posadzenie dziecka przed ekranem i włączenie gier daje rodzicom „święty spokój”. Mogą się zająć pracami domowymi lub po prostu w spokoju i ciszy odpocząć. Warto w tym miejscu zauważyć, że obyczaj pozostawiania dziecka „pod opieką komputera” jest nie tylko przyczyną rozwoju nowych wad, ale także następstwem wad już istniejących.

Dziecko, które nie marudzi, nie histeryzuje, potrafi się bawić nie przeszkadzając rodzicom, jest już w pewnym stopniu uformowane (posiada przynajmniej podstawowe umiejętności konieczne w swoim wieku rozwojowym). Brak takich umiejętności wynika z wcześniej popełnionych błędów rodzicielskich (na przykład, z braku przysposobienia dziecka do dyscypliny). I tak w konsekwencji wcześniejszych zaniedbań pojawia się następne – oddanie dziecka na wychowanie komputerowi!

Zbyt długie zabawy internetowe mają dwie główne negatywne cechy: nie rozwijają umiejętności społecznych oraz pogłębiają rozleniwienie. Lenistwo bowiem polega nie tylko na „nicnierobieniu”, ale również na tym, że nie robi się tego, co w danym momencie robić się powinno. Technologie cyfrowe to bardzo sprytny złodziej czasu, stwarzający złudzenie dobrego jego wykorzystania. Coś się wszak robi: ogląda, czyta, gra. Nie kojarzy się tej sytuacji z typową dla lenistwa bezczynnością. W efekcie, zamiast zrobić coś naprawdę pożytecznego – traci się drogocenny czas. Rodzice, uświadamiając dziecku ten mechanizm, powinni dodatkowo wolny czas mu zaplanować. Praca i obowiązki muszą być przeplatane różnorodną rozrywką (nie tylko komputerową). Tylko wtedy zachodzi szansa roztropnego wykorzystania wynalazku, jakim jest internet.

Ciekawość a czystość

Struktura tekstu internetowego oraz sposób redagowania portali sprawia, że czytelnik zbytnio koncentruje się na ciekawostkach i kwestiach drugoplanowych. Bombardowanie w artykułach newsami czy hiperłączami, które wciąż rozpraszają uwagę, rozstraja umysł. Przeskakując wciąż na nowy temat, czytelnik nie jest w stanie skoncentrować się na jednym. Badacze zwracają uwagę na specyficzne internetowe zjawisko skanowania tekstów, które zostają jedynie pobieżnie przeglądane i „zaliczane”. Różni się to od właściwego, pogłębionego czytania i w wielu przypadkach faktycznie blokuje rozwój intelektualny. Ciągłe pobudzanie umysłu ciekawostkami jest intelektualnie bezproduktywne. Właściwie nie chodzi tu o wiedzę, ale o emocjonalne zaspokojenie ciekawości.

Klasyczne podręczniki duchowości podkreślają, że upadek zaczyna się właśnie od niezdrowej ciekawości. Ona to – wbrew pozorom – zawsze jest początkiem zniechęcenia, acedii, sprowadzającej człowieka na niewłaściwą drogę. Podobny mechanizm odnajdujemy w tym przypadku. Brak wewnętrznego uporządkowania rodzi niepokój, który człowiek usiłuje przezwyciężyć poprzez ciągłą bieganinę po portalach internetowych. Pędzi za czymś, czego nie zgubił i dlatego nie jest w stanie tego odnaleźć.

Źle pojęta ciekawość wiąże się nie tylko z opisanym przed chwilą mechanizmem, ale także z czytanymi czy oglądanymi treściami. Niekontrolowana prowadzi do zainteresowania, na przykład, zdjęciami pornograficznymi. Jest to o tyle niebezpieczne, że nieczystość duchowa w sposób szczególnie destrukcyjny wpływa na charakter i silną wolę. Pornografia jest wszechobecna nie tylko na specjalnych stronach, ale występuje też na stronach pozornie neutralnych. Z tego względu trzeba pamiętać o specjalnych programach zabezpieczających, które chroniłyby dziecko przed takimi treściami.

Prawdomówność i szacunek

Inną sferą, nad którą trzeba zapanować w perspektywie internetu, jest mowa, a właściwie pisanie. Ciągłe komunikowanie (gadu-gadu, skype, sms) to specyficzny sposób funkcjonowania współczesnego pokolenia. Stąd panowanie nad językiem (dziś klawiaturą!) staje się szczególnie istotnym elementem wychowania. Ważnym elementem działań rodzicielskich musi się stać wdrażanie do prawdomówności, szczerości, cichości i pokory. Musimy zdać sobie sprawę, że jeśli nie wykształcimy tych cnót u naszych dzieci, szybko zbierzemy negatywne owoce naszego zaniedbania. Anonimowość w sieci, połączona z pokusą komentowania każdej niemal sprawy, sprzyja wymądrzaniu się, wulgarności, obrażaniu, kłamstwu i tym podobnym. Wszystko to zaś bierze się z nieopanowania potrzeby mówienia (gadatliwości).

Na zjawisko to często nakłada się pierwotna potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem. Można nie mieć znajomych w „realu”, ale posiadać sporą ich grupkę w sieci. Wystarczy więc brać udział w dyskusjach pod artykułami czy komentować wypowiedzi „znajomych” na portalach społecznościowych, by łatwo popaść w manię gadulstwa, od którego tylko krok do obrażania i wulgaryzmów. W efekcie rozpędzone zło może prowadzić do poważnych przestępstw, na przykład, oszustw czy mobbingu internetowego (częste dzisiaj zjawiska ośmieszania i dręczenia w sieci).

Jak widać „oszołomienie” internetem (i uzależnienie od internetu) z jednej strony wymaga specjalnego podejścia, bo mamy do czynienia z pojawieniem się nowej przestrzeni dla wychowania, z drugiej zaś – skuteczność podejmowanych działań wciąż opiera się na sztuce kształtowania u dzieci cnót moralnych. Tymczasem nieraz słyszy się głosy, iż nowa sytuacja wymaga „nowoczesnego podejścia” pedagogicznego. Pojawiają się nowe kierunki (jak choćby konektywizm), które pomijają milczeniem moralny charakter wychowania w epoce cyfrowej. Jeśli jednak zapomnimy o kształtowaniu cnót, to nic nie uchroni naszego dziecka przed „oszołomieniem” i „porwaniem” przez internetowy, nie zawsze wspaniały, świat.

 

Dariusz Zalewski

Polonia Christiana nr 16 - uzależnienie od internetu

Artykuł Dariusza Zalewskiego pt. „Wychowanie w epoce cyfrowej” został opublikowany w 16. numerze magazynu „Polonia Christiana” (wrzesień – październik 2010 r.). To właśnie w tym wydaniu głównym tematem uczyniono zjawisko cyber trybalizmu.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Szymon Hołownia – lider nowej prawicy?

Nie powinniśmy patrzeć na Szymona Hołownię jak na nowego przedstawiciela lewicy. Stanie się on niebawem liderem czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego: nowej prawicy, która ani myśli powstrzymywać żądania obyczajowej rewolucji.

Ustawiliśmy sobie Szymona Hołownię w narożniku jako zwierzoluba, szalonego ekologistę, zwolennika aborcji otwartego na uznanie małżeństw jednopłciowych. Uznaliśmy go za zdecydowanego „lewaka”, dostrzegając w nim antytezę PiS, która miałaby wchłonąć wyborców PO czy Lewicy. Nic podobnego. Polityczna inicjatywa Hołowni nie nałoży się na stare podziały. To raczej sygnał, że polską scenę polityczną czeka w najbliższych miesiącach wielka rewolucja. W takim układzie niedawny tefałenowski showman będzie liderem nowej prawicy – bez Matki Bożej w klapie i Jarosława Kaczyńskiego.

Prawa wolna?

Szymon Hołownia przeszedł drogę od „katolika otwartego” do aktywisty zafiksowanego na punkcie ekologii i Matki Ziemi. Być może jednak – na co niewielu zwraca uwagę – w tym postępowaniu jest pewna metoda. Nie jest to zwykła wolta. Hołownia wskakuje w ten sposób na wznoszącą falę młodzieńczego buntu przeciwko „dziadersom”, a patrząc z punktu widzenia podziałów politycznych w Polsce: przeciwko trwającej od blisko dwóch dekad hegemonii PO i PiS.

W dodatku druga kadencja rządów partii Jarosława Kaczyńskiego, kojarzonej ze światopoglądem konserwatywnym, spowodowała gwałtowne odchylenie wahadła poglądów młodszych wyborców i ich skręt w lewo. Badania na ten temat nie są oczywiście miarodajne, wszak – jak wynika z licznych analiz – młodsze pokolenie nie potrafi zdefiniować, czym jest lewicowość i prawicowość. Zmiana światopoglądowa jest zatem przejawem niechęci do PiS, choć oczywiście przejawia się także w radykalnym oporze wobec konserwatyzmu światopoglądowego tej partii.

Hołownia wykorzystuje ten trend. Trudno jednak uznać, by licytował się na lewicowość z Adrianem Zandbergiem. Nie jest przecież lewackim ideowcem zaczytanym w książkach Slavoja Žižka. Jego intelektualne życie toczyło się raczej w środowisku „katolików otwartych”, zakompleksionych wobec intelektualnych elit ponowoczesności i dlatego chłonących niczym gąbka współczesne ideologie.

Z tego zakompleksienia wyrósł człowiek zachwycony nowoczesnymi metodami „konstruowania” polityków bezpłciowych – produktów PR ulepionych jak z gliny na podstawie rozmaitych badań ilościowych oraz jakościowej analizy docelowego elektoratu. To już nie jest polityka, której pierwotny cel stanowić ma przecież organizacja życia społecznego, ale marketing oparty na big data. Produktem tego typu analiz jest właśnie Szymon Hołownia. Skoro większość swojego życia spędził na podążaniu za ideowym nowinkarstwem, usiłując niezdarnie godzić chrześcijańskie wartości z ponowoczesną rzeczywistością, a nawet zdegenerowanym światem showbiznesu, tym łatwiej mu nagiąć kręgosłup w polityce, której wymogi są obecnie bezlitosne: albo potrafisz dostosować swoje poglądy do targetu potencjalnych wyborców, albo przegrywasz.

Co to będzie za partia?

Dlatego Hołownia gotowy jest wciągać wszystko na swojej drodze jak odkurzacz. Aborcja? Da się zrobić. Homoseksualizm? Akceptujemy. Prawa zwierząt? Najważniejsze. Ekologia? To podstawa naszego życia. Kościół? Cenimy, ale wyrzucimy z życia publicznego. Gospodarka? By żyło się lepiej wszystkim, a najlepiej młodym.

Nie oznacza to jednak, że Hołownia stał się przezroczysty. Oczywiście trochę w nim zostało z tamtych młodzieńczych lat, gdy jako „katolik otwarty” potrafił – oddajmy mu to – bronić pewnych pryncypiów. Nigdy zatem nie stanie się bojownikiem spod znaku LGBT, który owinąwszy się tęczową flagą, manifestuje radykalne przekonanie, żądając kompletnej demolki społecznego status quo. Nigdy też zapewne nie zapisze się do partii Marty Lempart ani nie stanie ramię w ramię z Robertem Biedroniem i jego partnerem Krzysztofem Śmiszkiem. Plan Hołowni na zaistnienie na polskiej scenie politycznej wydaje się być całkiem inny. On nie chce się licytować na lewacki radykalizm, bo jest świadom, że nie pozbędzie się wizerunku „grzecznego” ministranta. Ten wizerunek zawsze z nim zostanie. Pewnych rzeczy nie da się po prostu pozbyć. I można założyć, mimo wszystko, że z pewnych rzeczy Hołownia sam nie chce zrezygnować.

Jaką więc partię buduje gwiazda TVN? Wydaje się, że będzie to nowe ugrupowanie konserwatywne, które zajmie miejsce PiS, zagospodarowując przy tym częściowo polityczne centrum. Nie przez przypadek jedną z pierwszych głośnych deklaracji Hołowni była propozycja nowego otwarcia w relacjach państwo–Kościół z zawoalowanym, antyklerykalnym przekazem. Zanim bowiem zabrał się on za budowę centroprawicowego ugrupowania, musiał pokazać dystans wobec instytucji, której społeczny autorytet od wielu lat słabnie. Odpiąwszy w ten sposób wizerunek Matki Bożej z klapy marynarki współczesnej politycznej prawicy, zarzucił sieci bardzo szeroko, łowiąc polityków i wyborców z centrum, ale pamiętając, że Zandbergowsko-Biedroniowa lewica pozostaje poza jego zasięgiem.

Zakonserwować postęp

Jaka zatem będzie prawica Szymona Hołowni? I kto na nią zagłosuje? Z pewnością – a to wymyka się ludziom tradycyjnie myślącym o podziałach politycznych – jest na polskiej scenie politycznej miejsce dla ugrupowania odrzucającego konserwatyzm światopoglądowy, a z drugiej strony nie wypisującego na swych sztandarach problemów wąskich grup społecznych, jak postulaty organizacji LGBT. Jest na polskiej scenie politycznej zapotrzebowanie na partię, która nie będzie wymagać niczego od społeczeństwa (wszak nikogo nie wolno zmuszać do heroizmu), samodzielnie usiłując załatwić wszystkie bolączki współczesnego człowieka: od zapewnienia pracy i mieszkania po zażegnywanie „zagrożeń” ekologicznych.

A co z aborcją lub związkami homoseksualnymi? Tu nowe ugrupowanie Hołowni płynie z prądem społecznych zapotrzebowań. Wpisuje się więc we wspomniane hasło o nieprzymuszaniu do heroizmu. A przecież odmawianie przywilejów homoseksualistom coraz częściej uznawane jest za „utrudnianie” im życia, a zakaz aborcji to – zdaniem zwolenników zabijania nienarodzonych – opresja względem kobiet. Dlatego partia Hołowni ma zamiar konserwować postęp. To oczywiście paradoks, ale czyż paradoksem nie jest dryf brytyjskiej Partii Konserwatywnej, która zalegalizowała homozwiązki, tłumacząc tę rewolucyjną decyzję pragnieniem zachowania ładu społecznego i wspieraniem rodzin (sic!)?

Z tej kwadratury koła dobrze zdaje sobie sprawę prezes PiS Jarosław Kaczyński. Nie przypadkiem przecież dał ogromną władzę dwudziestokilkuletniemu szefowi partyjnej młodzieżówki, Michałowi Moskalowi. Szef rządzącej partii nie rozumie współczesnych realiów, dlatego postawił na młodego polityka, dla którego paradoks myślenia nowego pokolenia nie jest niczym nadzwyczajnym. Moskal nie ma problemu z opowiadaniem o konserwatywnej kulturze i prawach zwierząt. Mówi z jednej strony o potrzebie budowania silnej opozycji wobec lewicy, a z drugiej zgrabnie posługuje się jej językiem, utrzymuje, iż nadal pozostaje konserwatystą. Ale czy można pozostawać wiernym tradycyjnym wartościom, lansując zarazem projekt postulujący uznanie praw dla zwierząt?

Pamiętajmy jednak, że Moskal funkcjonuje w partii budowanej przez polityków w większości hołdujących w miarę tradycyjnej wizji świata. I ci hamują jego zapędy. Hołowni natomiast nie powstrzymuje nic. A wręcz napędzają go radykalizująca się Platforma Obywatelska i presja ze strony organizacji międzynarodowych, coraz mocniej naciskających na zniszczenie status quo ante i budowę nowego świata. Dlatego to on zbuduje nową „prawicę”.

Strachliwy konserwatyzm PiS burzy w nas czasem krew, jednak konserwatyzmu w wykonaniu Hołowni nie poznamy w ogóle. Ale to do niego może w najbliższych latach należeć rząd młodych dusz. I to on będzie wówczas postrzegany jako lider umiarkowanej, centroprawicowej partii. Nie dziwmy się więc, że już teraz trudno się w tym odnaleźć.

 

Krzysztof Gędłek

Artykuł został opublikowany w 80. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Bogna Białecka: Gdy zamknięto szkoły – konsekwencje i drogi wyjścia

W momencie powstawania tego tekstu nasze dzieci już od roku siedzą przed ekranami komputerów na tak zwanej „nauce zdalnej”. Z pełnym przekonaniem piszę „nauka zdalna” w cudzysłowie. Kiedy bowiem we wrześniu ubiegłego roku, podczas chwilowego powrotu do szkół, większość nauczycieli próbowała zweryfikować, co z pierwszego lockdownu zostało dzieciom w głowach, jeśli chodzi o wiedzę szkolną, okazało się, że sprawa ma się – eufemistycznie ujmując – nie najlepiej.

Mała efektywność zdalnej szkoły, jeśli chodzi o przekazywanie wiedzy, to tylko ułamek problemu. Brak wiedzy bowiem nie powoduje depresji, a przy odpowiedniej motywacji jest do nadrobienia, nawet gdyby przerwa w nauce trwała kilka lat. Najlepszego przykładu w tej materii dostarcza pokolenie pozbawione nauki szkolnej w latach drugiej wojny światowej, które po odzyskaniu niepodległości nie tylko było w stanie odrobić straty, a nawet wydać z siebie liczne grono wybitnych uczonych.

Prawdziwe problemy ujawniły przeprowadzone w roku 2020 badania stanu zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Zacytuję przede wszystkim spostrzeżenia Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii, której jestem prezesem, ponieważ dotarliśmy do naprawdę sporej grupy uczniów (niemal trzystu w maju i ponad ośmiuset w grudniu). Zadaliśmy im trudne pytania, które da się zamknąć w jednym ogólnym: Co chcielibyście, by dorośli usłyszeli o waszej obecnej sytuacji? Wypowiedzi nastolatków cytowane w tym artykule pochodzą w całości z naszych badań.

Depresja, myśli samobójcze

Jakie skutki ma inwazja ekranów w życie dzieci, połączona z izolacją społeczną? Co dzieje się z młodą osobą odseparowaną od normalnych kontaktów międzyludzkich i posadzoną przed ekranem z nakazem: Radź sobie, wasze pokolenie jest tak biegłe w posługiwaniu się komputerami, że nie macie prawa narzekać?

70 procent nastolatków czuje większą nerwowość i rozdrażnienie niż przed lockdownami, a 63 procent ma trudności z wykonywaniem prac i zadań; 42,6 procent miewa myśli samobójcze, 62 procent ma problemy ze snem. To wszystko przejawy nastrojów depresyjnych.

Co prawda, nie wszystkie dzieci czy nastolatki nabawiły się już depresji w sensie klinicznym, a cierpią (na razie) na chronicznie obniżony nastrój, jednak te dane są naprawdę alarmujące.

Już w tej chwili psychoterapeuci pracujący z dziećmi i młodzieżą są oblegani, jednak w części przypadków nie wystarcza pomoc psychologiczna. Musimy brać pod uwagę, że młodzi mają poczucie braku sensu i celu życia. Z niepokojem oczekują ogłoszeń rządu na kolejne dwa tygodnie i stracili już chyba nadzieję na powrót do szkoły. Między innymi ta tymczasowość odbiera nadzieję i chęć planowania czegokolwiek.

W rezultacie spora część młodych ludzi może potrzebować też wizyty u psychiatry, a według rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży aktywnych jest zaledwie 482 lekarzy na całą Polskę.

Oznacza to, że nawet gdy dorośli w końcu zwrócą uwagę na fatalny stan psychiczny młodych, będziemy mieć zbyt mało profesjonalistów do gaszenia tego pożaru.

Chochoł czy prawdziwy problem?

Rodzi się jednak pytanie, czy aby nie przesadzamy z tymi problemami psychicznymi? Co się tak naprawdę stało? Przecież współczesne technologie pozwalają przeprowadzać lekcje w czasie rzeczywistym, więc to praktycznie tak, jakby dzieci siedziały w klasie?

Nie o to chodzi. Młodzi cierpią najmocniej ze względu na narzucaną im izolację od rówieśników, której często towarzyszy toksyczny przekaz: Upierając się przy spotkaniach z przyjaciółmi, narażasz przez to swoją mamę, tatę, babcię. Przywleczesz do domu wirusa i ludzie przez ciebie umrą. Nastolatków takie przekazy z reguły tylko irytują, jednak mniejsze dzieci przejmują się nimi.

A warto wiedzieć, że w okresie przedszkolnym i wczesnoszkolnym u dzieci występuje naturalny, rozwojowy lęk przed chorobą i śmiercią. W normalnych warunkach lęk ten przemija, bo odkrywamy, że świat jest w miarę bezpiecznym miejscem, a gdy się zachoruje, lekarz nas zbada i da leki. W obecnej sytuacji jednak – jak donoszą terapeuci – coraz częściej można spotkać małe dzieci, które autentycznie boją się zdjąć maseczkę z twarzy, gdyż są przekonane, że przez to ich bliscy poumierają. Tak – tyle z nakazu noszenia masek na twarzy dociera do mniejszych dzieci – twoje lęki są uzasadnione, przez ciebie ludzie mogą umrzeć.

Sama izolacja społeczna też jest ogromnym problemem. Szkoła przecież służy jako poligon umiejętności społecznych. To miejsce nawiązywania przyjaźni, pierwszych miłości, konfrontowania się z wrogami. Dobra atmosfera w klasie jest jednym z trzech najważniejszych czynników zapobiegających podejmowaniu zachowań ryzykownych (według badań Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej). Do tego w normalnych warunkach mamy wiele innych okazji ćwiczenia umiejętności społecznych w grupach rówieśniczych (koła zainteresowań, harcerstwo, duszpasterstwa). Gdy wszystko dzieje się online, można, owszem, podtrzymać już istniejącą przyjaźń dzięki komunikatorom, jednak nie da się naprawić relacji, które się zepsuły.

Komunikacja przez internet (tak zwana zapośredniczona) sprzyja powstawaniu nieporozumień i błędnej ocenie intencji rozmówcy. O tym też młodzi przekonują się bardzo boleśnie, gdy więzi przyjaźni, wydawałoby się prawdziwej, rwą się wskutek konfliktu. Nawet podczas wojny młodzi mieli więcej budujących, głębokich, bezpośrednich kontaktów społecznych niż dziś.

Zabójstwo dla mózgu

Kolejna sprawa – inwazja ekranów. Z naszych badań wynika, że młodzież spędza przed ekranem średnio dziewięć godzin dziennie. To jest pełnowymiarowy etat z nadgodzinami – czas morderczy dla rozwijającego się mózgu.

Wbrew pozorom, podczas lekcji zdalnych interakcja jest niewielka. W klasie nauczyciel może jednym spojrzeniem omieść wszystkich uczniów, zauważając, kto akurat gapi się w okno, a kto w smartfona. Widzi, gdy ktoś w panice szuka podręcznika; dostrzega niezrozumienie na twarzy ucznia, może szybko reagować na całą masę sygnałów niewerbalnych. Podczas lekcji zdalnych, nawet gdy uczniowie mają włączone kamerki (a często nie mają), taki kontakt nie istnieje. Nauczyciel często nie wie, czy to, co mówi, jest zrozumiałe; trudno mu to zweryfikować na bieżąco. A konsekwencje tego są poważniejsze, niż się może wydawać.

Młode pokolenie nawet przed lockdownami miało tendencje do wielozadaniowości – na przykład, odrabiania zadań domowych przy akompaniamencie muzyki lub show ulubionego youtubera, z przerwami na odpowiadanie na powiadomienia z komunikatorów. Na lekcjach zdalnych dominuje wielozadaniowość. Nawet gdy ktoś próbuje się skupić na lekcji, pojawiają się powiadomienia, równoległe rozmowy przez komunikatory. Dodatkowo nie są rzadkością problemy techniczne w postaci zerwanego łącza z internetem. Ogólnie lekcjom online towarzyszy rozproszenie.

Rezultat? Bycie cały czas jednocześnie pobudzonym i zmęczonym, rozregulowanie zegara biologicznego. Wielu młodych ma problemy ze spaniem w nocy, więc zabijają bezsenny czas grami, filmami, mediami społecznościowymi. Chroniczne niewyspanie zaś dokłada się do powstawania nastrojów depresyjnych.

Trzeba zdać sobie sprawę, że powyżej naszkicowano zaledwie część problemów. U niektórych pojawiają się uzależnienia czy zachowania agresywne, nasilają się lęki społeczne. Jest tego zbyt dużo, by dało się to opisać w jednym artykule. Zainteresowanych zapraszam do naszych raportów, dostępnych na stronie etatwsieci.pl

Remedium: sens życia

Mamy na razie niewiele danych, które opisują trwającą pandemię depresji i zaburzeń psychicznych dzieci i młodzieży, jednak to, co już wiemy, pokazuje, jak wiele szkód wyrządza zamknięcie dzieci w domach przed ekranami komputerów. Dlatego zastanówmy się, co możemy zrobić, aby ratować nasze dzieci – tu i teraz, we własnym zakresie, jako rodzice i wychowawcy?

Cenną wskazówkę stanowią przemyślenia Victora Frankla, którego podejście terapeutyczne kształtowało się podczas przebywania w obozie koncentracyjnym. Jego uwagi są właśnie dlatego tak cenne, że powstały w warunkach ekstremalnych, a zatem stanowią dobrą receptę na trudne czasy.

Zastanawiając się, co pomagało ludziom przetrwać obóz, Victor Frankl wyróżnił szereg czynników, z których najważniejsza była wola życia i poczucie sensu życia. Ludzie, którym tego brakowało, poddawali się i szybko umierali. Gdy ktoś potrafił nadać swojemu cierpieniu sens i widział cel swego życia (nawet gdyby miało ono zakończyć się w obozie) nie tylko był silniejszy duchowo, ale też – co ciekawe – mniej podatny na zachorowania.

Przekładając to z warunków obozowych na współczesne (oraz na fakt, że aż 75 procent naszych badanych martwi się o przyszłość, co często łączy się z poczuciem braku celu i sensu), warto młodzieży pokazywać, że niezależnie od warunków ich życie ma sens. Warto zachęcać ich do stawiania sobie celów, które są dla nich osiągalne, niezależnie od warunków zewnętrznych.

Może to być cel w postaci nauczenia się czegoś pożytecznego – poza curriculum. Tu mogą się przydać dobre książki, dostępne w pobliżu zajęcia praktyczne lub w ostateczności wysokiej jakości materiały internetowe. Warto pokazywać, że niezależnie od warunków zewnętrznych mamy wpływ na wiele rzeczy w swoim życiu i zamiast poddawać się tymczasowości w nadziei, że w końcu wróci normalność, wykorzystywać istniejące obszary wolności.

Przyroda i uśmiech

Ważną odtrutką na inwazję elektroniki jest kontakt z naturą. Zieleń pozwala nie tylko odpocząć oczom, ale też autentycznie zregenerować układ nerwowy. Leczniczy wpływ hortiterapii jako elementu cyfrowego detoksu udowodniono licznymi już badaniami naukowymi. Dlatego bardzo cenne jest uprawianie ziemi (czy to w ogródku, czy nawet w doniczkach), spacery i sport uprawiany w lesie czy w parku, a także – obserwowanie ptaków.

Na koniec jeszcze jeden drobiazg. Warto pielęgnować w naszych dzieciach poczucie humoru. Jakkolwiek zaskakująco by to brzmiało, właśnie humor stanowił jeden z czynników opisywanych przez Frankla jako sprzyjający przetrwaniu w lepszej kondycji psychicznej w obozie.

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko niewiele i że jest nader prawdopodobne, iż okaże się to niewystarczające, jednak lepiej robić to, co jest w zasięgu naszych możliwości, niż pozostawać na poziomie narzekania na rzeczywistość. Ratowanie naszych dzieci może też dodać nam, dorosłym, dodatkowej energii; może odciągnąć naszą uwagę od własnych problemów; może przysporzyć nam okazji do wzrostu naszej własnej dojrzałości emocjonalnej. I duchowej.

 

Bogna Białecka – psycholog, prezes Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii, redaktor portalu pytam.edu.pl.

Artykuł został opublikowany w 80. numerze magazynu „Polonia Christiana”.