Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Łukasz Warzecha: Łatwo zostać „ruską onucą”

Obowiązek moralny nakazuje nam gościć uchodźców. Nie mamy jednak obowiązku rujnowania z ich powodu własnego kraju – mówi Łukasz Warzecha, publicysta i komentator polityczny, w rozmowie z Łukaszem Karpielem na łamach 86. numeru „Polonia Christiana”.

Na ile, Pańskim zdaniem, poczynania polskiego rządu w kwestii uchodźców z Ukrainy zdają egzamin w kontekście społecznym i gospodarczym?

– Jesteśmy jeszcze na bardzo wczesnym etapie, jednak już dziś można ocenić, że rząd kompletnie nie jest przygotowany w obydwu tych aspektach. Na przykład, rząd nie doszacował kosztów polityki wobec uchodźców. Według ministerstwa funduszy i rozwoju regionalnego, sięgną one dwudziestu czterech miliardów złotych tylko do końca tego roku. Przy czym ta suma pojawiła się na twitterowym koncie resortu i szybciutko zniknęła.

Kompletnie nie przemyślano też, jakie uchodźcom przyznać uprawnienia. Oczywiście, musimy ich gościć, mamy taki obowiązek moralny. Nie mamy jednak obowiązku rujnowania kraju. Dyrektywa UE wyraźnie mówi na przykład, że jeżeli uchodźca jest w stanie sam się utrzymać, bo prowadzi działalność gospodarczą, to państwo przyjmujące nie musi traktować go tak jak własnych obywateli. Tymczasem każdy Ukrainiec otrzymuje maksimum świadczeń przysługujących Polakom. Dlatego coraz bardziej dramatyczne stają się apele naszych rządzących do UE, by uruchomiła dodatkową finansową pomoc dla Polski. Pieniądze dla Ukrainy płyną też z USA, ale na razie nie ma mowy, by jakaś ich część miała przypaść nam.

W aspekcie społecznym sprawa jest chyba równie nieprzygotowana. Tu wina leży pomiędzy rządem a samorządami. Władze lokalne, wychodząc nierzadko przed szereg, przyczyniają się do wzrostu napięć. Przykład: samorząd powiatu piaseczyńskiego udostępnił uchodźcom dwa szkolne internaty. Polscy uczniowie musieli się wyprowadzić. Mają oni uczyć się zdalnie lub znaleźć miejsce u znajomych mieszkających bliżej. A chodzi o szkołę budowlaną, gdzie nauka zdalna to absurd.

Samorządowcy chyba nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób nastawiają Polaków przeciwko Ukraińcom. To oczywiście nie wina uchodźców, bo nie oni konstruują tę politykę. Ale ludzka psychika działa, jak działa, i jasne jest, że rodzice dzieci wyrzuconych z internatu skierują swoją niechęć w pierwszej kolejności w ich stronę.

 

Z drugiej strony mówi się, że to doświadczenie wojennej pomocy może dać początek pojednaniu między narodami o skomplikowanej historii.

– Rzekoma niechęć między naszymi narodami jest w dużej mierze mitem. Większość Ukraińców nie zna na tyle dobrze historii własnego kraju, by wiedzieć, że fundamenty, na których ich państwo oparło swoją tożsamość, powiązane są także z wątkami antypolskimi – z rzezią wołyńską. Jesteśmy bardzo lubiani przez Ukraińców i nie ma tu problemu historycznego. Ten istniał w elitach, nie wśród zwykłych ludzi. W zasadzie bezproblemowa obecność imigracji stamtąd jest również na to dowodem.

Wyzwanie jest innego rodzaju. Ukraińcy mieszkający w naszym kraju od lat nierzadko obawiają się obrazu, jaki mogą wytworzyć uchodźcy. To zupełnie inna bajka, bo tu nie ma dobrowolnej decyzji, tylko wymuszony wyjazd i w związku z tym jest pełny przekrój społeczny. Pojawiają się ludzie z różnych środowisk, z różnym wykształceniem. Stoimy też u progu naruszenia status quo państwa jednonarodowościowego. W II RP mieliśmy kłopot z Ukraińcami czy Żydami w dużej mierze dlatego, że władze sobie z tym nie radziły. Można to dziś zorganizować o wiele lepiej, ale trzeba mieć plan i pomysł. Tymczasem sądzę, że rząd myśli: Uchodźców się po prostu wpuści, co najmniej kilkaset tysięcy z nich zostanie i jakoś się wszystko samo ułoży. To groźne złudzenie. Zwłaszcza jeśli w odczuciu Polaków uchodźcy otrzymywać będą korzyści ich kosztem. Tu ważne jest odczucie i odbiór sytuacji – nie stan faktyczny. Poważne państwo tak nie działa. Skala wyzwań jest niewidziana od początku III RP.

 

Zabrakło realizmu?

– Poprzez napływ uchodźców rząd postanowił naprawić demografię i niektóre wskaźniki finansowe związane z kwestiami fiskalnymi. Tylko że nie powiedział o tym obywatelom otwarcie. Po drugie, rząd tego planu nie przemyślał. Stwierdzono, że trzeba zrobić tak, aby ci ludzie tu zostali – bez liczenia i przewidywania skutków. Nie mówię, że sam zamysł jest całkowicie zły. Problem demograficzny Polski to nie wymysł. Ale to musi być mądrze przeprowadzone. Inną przyczynę stanowi chęć uczynienia atutu z przyjmowania uchodźców, zwłaszcza w relacjach z UE: przyjęliśmy taką masę ludzi, a wy wstrzymujecie nam pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy? Ale na razie nie ma nie tylko kwot z KPO, ale też żadnych funduszy na uchodźców.

 

Zdaniem niektórych wielka imigracja może zbudować ubogacającą różnorodność w naszym kraju, jak w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

– Była ona przez pewien czas wielkim sukcesem, choć jej federacyjna natura nastręczała też problemów. Gdyby doszła do skutku unia hadziacka, mielibyśmy Rzeczpospolitą Trojga Narodów – Polaków, Litwinów i Rusinów, czyli Ukraińców – i to mógłby być znakomity projekt. Być może dziś bylibyśmy w ogóle w innym miejscu. Ale mamy za sobą siedemdziesiąt pięć lat państwa jednolitego narodowościowo; myślę więc, że te kwestie wymagają bardzo przemyślanego podejścia i ostrożnego działania. A tego nie dostrzegam.

Pomysły i przewidywania zacieśnienia partnerstwa Polski i Ukrainy, nawet czegoś w rodzaju nieformalnej unii, brzmią atrakcyjnie, ale wojna wciąż trwa i nie wiemy, jak się skończy. My mamy swoje interesy, a Ukraińcy mają swoje. Są one w wielu punktach tożsame, zwłaszcza w przypadku tej wojny, ale w innych jednak nie. Trzeba poczekać do momentu, w którym sytuacja się ustabilizuje, po czym przemyśleć ją, by działać bez szkody dla Rzeczypospolitej.

Poczynania ukraińskiego rządu w sferze PR są równie godne podziwu, co te na polu walki. Jednak my jesteśmy jednymi z rozgrywanych. Przykładowo, tamtejsi politycy powtarzają: Wy stoicie następni w kolejce jeśli chodzi o napaść konwencjonalną, ale ataku niekonwencjonalnego nie musicie się bać… Kryje się tu obrona ukraińskiego interesu. Polska opinia publiczna tej gry zupełnie nie widzi. Rozumiem, że emocje udzielają się zwykłym ludziom, ale na pewno nie powinny rządzić elitą.

 

Słyszymy często, że jeśli ktoś prezentuje taki realizm, to działa na rzecz Putina.

– Jeśli ktoś w trakcie epidemii COVID-19 podważał strategię państwa, natychmiast otrzymywał łatkę „antyszczepa”. Teraz, kwestionując jakikolwiek aspekt polityki wobec Rosji i Ukrainy, z automatu zostaje się „ruską onucą”. Już to pierwsze było trudne do zaakceptowania, jednak nazywanie kogoś trollem Putina albo rezonatorem propagandy Kremla idzie o krok dalej – to w zasadzie oskarżenie o zdradę własnego państwa.

 

Coraz mniej wolno powiedzieć.

– W mediach elektronicznych naprawdę bardzo trudno znaleźć głosy odrębne, nawet te stroniące od skrajności i bardzo dobrze uargumentowane. Można deklarować szczerą sympatię do Ukraińców, życzyć im wygranej i potępiać rosyjskie okrucieństwa, ale jeśli powie się cokolwiek krytycznego na temat kosztów przyjmowania uchodźców albo bojkotu firm pozostających w Rosji – i tak otrzyma się łatkę „ruskiej onucy”.

W głównych mediach widzimy wyłącznie informacje od jednej strony. Tak, Rosjanie zdolni są do okropieństw trudnych do wyobrażenia. To jest niestety inna cywilizacja. Natomiast były w historii sytuacje, gdy niektóre oskarżenia czynione podczas wojny okazywały się naciągane albo wprost fałszywe. Mam wrażenie, że dziennikarze robią dziś zbyt mało w celu sprawdzania informacji.

 

Dziękuję za rozmowę.

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

Kategorie
Środowiska-zwyczaje-cywilizacja

Jerzy Wolak: Bicz Boży?

Dziwna ta wojna. Zwłaszcza z polskiej perspektywy, nieprawdaż? Bo oto trwa w najlepsze pełnoskalowy konflikt zbrojny z Rosją w roli głównej, a my nie gramy w tym meczu, tylko go sobie z daleka oglądamy, sącząc kawę. Rzecz niebywała od bez mała trzystu lat – pisze w Edytorialu do 86. numeru „Polonia Christiana” redaktor naczelny pisma Jerzy Wolak.

Na naszych oczach w proch sypie się mit potężnej i niezwyciężonej Rosji. Ruscy dostają ciężkie baty – i to od kogo? Nie od podobnego sobie mocarstwa, ale od państwa, które jeszcze niedawno mało kto traktował poważnie. Jednakowoż nie nadymajmy się zanadto, bo gdyby to nas napadnięto, czy zdołalibyśmy się tak skutecznie bronić? I czy świat zachodni zdobyłby się dla nas na choćby tyle, co czyni dla Ukrainy?

Za to Polacy zareagowali prawdziwą erupcją chrześcijańskiej miłości bliźniego. Bo z niczego innego wzięła się tak ochocza postawa pomocy – realizowana nie słowem, lecz konkretnym czynem – jak właśnie z katolickiego (jeszcze) wychowania wielu z nas: nawet tych, co się od Kościoła ostro odcinają. Jeszcze z nich do końca nie wyparował duch miłosierdzia i ofiary. Choćby zupełnie nieświadomie, ale jednak faktycznie wciąż mają głęboko wpojone w swój system wartości biblijne zasady. Jak choćby tę: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go! (Rz 12, 19–20).

Zdumiewające, ilu Polaków okazało się patriotami… ukraińskimi. Ludzie, którzy nigdy w życiu z żadnej okazji nie wywiesiliby biało-czerwonej flagi, dziś powiewają żółto-niebieską, jakby im za to dobrze płacono (i to nie w hrywnach). Jednocześnie mamy nie słuchać rosyjskiej muzyki, nie czytać rosyjskiej literatury, pewnie też i na rosyjskie obrazy nie patrzeć. Spalić dorobek Czajkowskiego, Rachmaninowa, Rimskiego-Korsakowa, Strawińskiego, Czechowa, Dostojewskiego, Tołstoja, Strugackich, Wołkowa, Ajwazowskiego, Kramskiego, Szyszkina, Wierieszczagina. Czyli to, co w całej moskiewskiej historii najlepsze (bo zaczerpnięte ze zdrowej tradycji Zachodu). Przekraczamy granicę absurdu.

Na niejednym katolickim ołtarzu widnieje dziś i z niejednego krzyża u Bożego Grobu spływa ukraińska flaga. Przekraczamy granice bluźnierstwa?

Po pierwszych strzałach tej wojny nic już nie będzie takie jak przedtem – banał, że aż cierpną zęby. A jednak – jak to zazwyczaj z banałami bywa – święta prawda. Wystarczy tylko spojrzeć na tę wojnę z szerszej perspektywy cywilizacyjnej, by zauważyć, że to nie koniec świata, lecz szansa.

Putin przekłuł bańkę wypełnioną sztucznym miodem, w której świat zachodni – głuchy, ślepy i bezmyślny – żyje od zakończenia drugiej wojny światowej. Do beztroskiego w swej zasobności, sytości i gnuśności Zachodu brutalnie dotarła rzeczywistość grzechu. W jedynej formie, jaką jest on jeszcze w stanie pojąć – zbrojnej agresji, gwałtu, śmierci od bomby. A przecież grzech wołający o pomstę do Nieba towarzyszy współczesnemu Zachodowi na każdym kroku od z górą półwiecza, ba, wyznacza trendy w polityce, sztuce i stylu życia. Ale tam nie nazywa się go już złem, lecz nowoczesnością.

Czyż więc nie są to wymarzone okoliczności dla uświadomienia sobie, że dziecko rozrywane na kawałki w matczynym łonie na wygodnym fotelu w schludnej, eleganckiej klinice aborcyjnej czuje wcale nie mniejszy strach i ból niż dziecko kulące się w ruinach pod ogniem rakiet? A ludobójstwo wcale nie musi się dokonywać za pomocą broni masowego rażenia, ale na mocy demokratycznie podjętych uchwał międzynarodowych gremiów.

Zachód dąsa się dziś na Putina nie dlatego, że dokonuje on ludobójstwa, tylko dlatego, że się brzydko zachował – jak niesforny Wowka, który puścił bąka na imieninach u cioci. Pokazał w ostrzejszym ujęciu to, co na Zachodzie ukrywa się pod nazwą liberalnej demokracji.

Sporo się ostatnio mówi o nowej Norymberdze. Zapewne słusznie, choć wiele wskazuje, iż podobnie jak w procesie sprzed siedmiu dekad teraz również zbrodniarzy sądzić będą inni zbrodniarze.

 

Jerzy Wolak

Artykuł został opublikowany w 86. numerze magazynu „Polonia Christiana”.